Rzeczpospolita Polska <br />Galápagos<br />Część 01

RZECZPOSPOLITA POLSKA – GALÁPAGOS (cz. 1.)

O Polsce, która szukała kolonii, topiąc palec w oceanach szkolnego globusa

SZAFA

Pani dr Jadwiga Titz-Kosko podeszła do regału wypełnionego książkami aż po sufit. Otworzyła jedną z bocznych szafek i wyjęła z niej opasłą teczkę, którą następnie położyła na stoliku.

Była to moja kolejna, nie pamiętam już która, wizyta w tej sopockiej willi. Latem 1978 roku gabinet kapitana był taki sam jak we wrześniu 1939 roku. Na biurku kilka książek, fotografia państwa Kosków wykonana w tym właśnie pokoju, docisk do papierów, pióro wieczne Pelikana, kilka zeszytów, a z prawej strony stos gazet. Wszystkie z lata 1939 roku. Od dnia, w którym Stanisław Kosko po raz ostatni wyszedł z domu, by jako dowódca zmobilizowanego statku żeglugi przybrzeżnej ORP Gdynia wypłynąć na wody Zatoki Puckiej. Statek został zbombardowany 2 września. Kosko, ciężko ranny, zmarł kilka dni później w gdyńskim szpitalu.

– Proszę pana, od tamtych dni minęło już ponad czterdzieści lat, więc mogę panu opowiedzieć o Galápagos. Nie naruszę już chyba żadnej tajemnicy ani poufności, jaką tę sprawę otaczano.

Galápagos? Hm…

Przeglądam teczkę. W niej listy, zdjęcia, odręczne notatki, wycinki, kartki zapisane różnymi charakterami pisma. Nie wszystko od razu układa się w sprawę. Najpierw są tylko ślady: nazwiska, daty, porty, dopiski na marginesach, krótkie meldunki z rejsu. Dopiero po kolejnych kartkach widać, że nie chodziło o zwykłą dokumentację jednego z etapów podróży Daru Pomorza dookoła świata. Te materiały miały prowadzić do sformułowania wniosku o kupno archipelagu Galápagos dla Rzeczypospolitej Polskiej. A przynajmniej – o wydzierżawienie tych wysp na dziewięćdziesiąt dziewięć lat.

Archipelag Galápagos z albumu Stanisława Koski.

Na jednym z listów pani Titz-Kosko rozpoznała charakter pisma kapitana Konstantego Maciejewicza, legendarnego „Macaja”, komendanta Daru Pomorza. List był datowany na 23 listopada 1936 roku i pisany z pokładu żaglowca przy Galápagos. Dopisek był krótki i brzmiał niemal urzędowo: „W sprawie Galápagos – będziemy starać się zadośćuczynić prośbie Pana i zbierać materiał”.

„W sprawie Galápagos”… Tak zaczyna się historia, która brzmi jak żart dopiero wtedy, gdy wiemy, jak się skończyła. Jeśli jednak zapomnieć na chwilę o końcu, jeśli cofnąć się do Polski lat trzydziestych, do Gdyni rosnącej na piasku, do szkolnego żaglowca, do Ligi Morskiej i Kolonialnej, do prelekcji, map, mundurów, bander i marzeń o dalekich rejsach oceanicznych, które miały zamienić się w stałe, regularne połączenie morskie Polski ze światem, sprawa przestaje być tylko groteską. Staje się dokumentem pewnej wizji. Na owe czasy romantycznej i może awanturniczej z polskiego punktu widzenia, ale groteskowej w wymiarze graczy polityki światowej.

Dwaj kapitanowie, Stanisław Kosko i Konstanty Maciejewicz, nie byli fantastami z kawiarni.

Koperta „listu z Galápagos, który miał nie dotrzeć do adresata”. Zdjęcie z albumu Stanisława Koski.

A propos kawiarni. Do grona przyjaciół kapitana Koski należał Stanisław Maria Saliński – pisarz i kapitan żeglugi wielkiej. Było to tuż przed wyruszeniem Daru w najsławniejszą podróż. Kosko, jeszcze pracownik ministerstwa, spieszył gdzieś wczesnym popołudniem warszawskim Nowym Światem, niemal potrącając przechodniów. Saliński wypatrzył go w tłumie i zwrócił na niego uwagę Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu.

– To Staś Kosko, mój przyjaciel.

Jak potem wspominał, od razu zrobiło mu się przykro, że wobec Gałczyńskiego skwitował tak nijaką informacją jednego z najbardziej nadzwyczajnych ludzi, jakich poznał w Polsce. Opowiedział więc w kilku słowach o kapitanie i po chwili Gałczyński gotów był biec za nieznajomym marynarzem.

Kiedy znów siedzieli w kawiarni, Saliński opowiedział poecie „siostrzaną” anegdotę. Gdy wypłynął w daleki rejs, jego ukochana, zaniepokojona brakiem listu, poszła do ministerstwa, by uzyskać informacje o statku. Pytała napotykanych urzędników. Dopiero młody, bardzo uprzejmy oficer udzielił jej wiadomości, ale zapytał, dlaczego dama tak interesuje się tym statkiem. Odpowiedziała, że na jego pokładzie pływa pan Saliński, jej brat. Kosko dobrze wiedział, że przyjaciel nie ma siostry, ale nie dał nic po sobie poznać. Pokiwał tylko głową.

– Ach, ci bracia!

Po powrocie Salińskiego z rejsu było sporo śmiechu. Przez długi czas przyjaciele pytali się nawzajem o zdrowie szanownej siostry. Anegdota bardzo spodobała się Gałczyńskiemu, który nie bacząc na kawiarnianą ciszę, wzniósł toast:

– Niech żyje kapitan żeglugi wielkiej, Stanisław Kosko!

Po latach, po bardzo wielu latach, ci dwaj marzyciele spotkali się „oko w oko”. Kilka godzin po podniesieniu bandery statek K.I. Gałczyński wyruszał w rejs do Ameryki Południowej. Tuż obok, przy nabrzeżu portu gdyńskiego, stał inny statek – Kapitan Kosko. Natalia Gałczyńska wspólnie ze Stanisławem Marią Salińskim zeszli z pokładu nowoczesnej jednostki i z perspektywy portowego nabrzeża przyglądali się temu spotkaniu nieznających się przyjaciół.

Ale Kosko nie był tylko bohaterem anegdot i toastów. Maciejewicz dowodził Darem Pomorza. Kosko, jego uczeń, a niebawem zwierzchnik w Państwowej Szkole Morskiej, należał do pokolenia, które odzyskanie przez Polskę dostępu do morza potraktowało nie jako kwestię geograficzną, lecz jako zadanie państwowe. Morze nie miało być tylko wodą przy brzegu. Miało urzeczywistnić wizję statków pływających pod polską banderą.

Pani Jadwiga Titz-Kosko mówiła o swoim Stasiu z oczywistą lojalnością. Mały Siaś – tak nazywano Koskę. Duży Siaś – to był brat pani Jadwigi, jego przyjaciel z kijowskiego Sokoła. Mówiła o pokoleniu polskich Kolumbów morskich, których determinacja, aby wspierać ideę morską w Polsce, dziś może być trudna do zrozumienia. Byli fanatykami żeglugi, okrętownictwa, handlu morskiego i kolonii. Nie wstydzili się tego słowa. W 1930 roku Liga Morska i Rzeczna zmieniła nazwę na Ligę Morską i Kolonialną. A słowo „kolonia” stało się oficjalnym marzeniem, jakby było to naturalne przedłużenie idei polskiego morza.

Stanisław Kosko myślał o świecie nie tylko jako kapitan. Pracując w Departamencie Morskim Ministerstwa Przemysłu i Handlu, studiował nauki polityczne. Pod wpływem żony szykował się do służby dyplomatycznej. Chciał wyjechać jako przedstawiciel państwa. Jako konsul, dyplomata, człowiek z upoważnieniami.

Ale czy na… Galápagos?

BECZKA

W rejsie dookoła świata Dar Pomorza wchodził do portów sławnych i ogromnych, witany przez oficjeli, fotografowany, opisywany w prasie. Sensacją bywał sam widok polskiej bandery w miejscach, gdzie dotąd naszych statków nigdy nie widywano. W Japonii, w Szanghaju, w portach światowego handlu polski żaglowiec był wydarzeniem.

Galápagos nie miały tej skali. Nie było tam kilometrowych nabrzeży, gmachów admiralicji, biur konsularnych ani portowego życia. Nie znalazłem w listach i notatkach śladu, aby przed rejsem Kosko szczególnie interesował się tym archipelagiem.

Więc co się tam wydarzyło? Zauroczenie?

Pani Titz-Kosko, pokazując mi list z Galápagos, zwróciła uwagę na jego styl, na narrację.

– Ten zdawkowy ton, te duże litery, ta rozwlekłość zdań… Było to nietypowe dla Stacha. Zwykle pisał maczkiem, ciasno, oszczędnie, tak by zmieścić jak najwięcej treści. Zapytałam go o to. Nie odpowiedział wprost, ale widziałam, że na hasło „Galápagos” myślami przenosił się w tamte strony. Był zafascynowany tym miejscem.

„Tutejsza poczta jest jedną z najbardziej oryginalnych na świecie” – czytam w liście kapitana Koski do żony. – „Niby jest, a właściwie nie ma. Obowiązki poczmistrza spełnia major kawalerii ekwadorskiej, który jednocześnie jest szefem policji, władzy politycznej i kapitanem portu. Znaczków na miejscu nie ma – tu list tylko podobno stemplują. Raz na kilka tygodni przychodzi statek, który objeżdża wyspy i zabiera pocztę do Guayaquil, gdzie dopiero robi się z nią jaki taki porządek”.

Tadeusz Meissner w książce Dookoła świata na „Darze Pomorza” opisywał Post Office Bay jako część dawnego obyczaju morskiego. W epoce żaglowych statków wielorybniczych zatoka była często odwiedzana przez marynarzy. Ci, którzy po opłynięciu Hornu przybywali na podzwrotnikowy Pacyfik, zostawiali na Floreanie listy. Wracający z połowów do Europy albo na wschodnie wybrzeże Ameryki Północnej zabierali je ze sobą. „Całym więc urzędem pocztowym była zwykła drewniana beczka z malutkimi drzwiczkami, ustawiona na niewysokim słupku”. Meissner dodawał, że „ani jeden z listów włożonych do beczki nie zaginął”.

Stanisław Kosko w Przez trzy oceany zapisał: „Przez klapę w beczce wydobyliśmy paczkę listów do nadania w Honolulu. Na ich miejsce włożyliśmy nasze listy, ciekawi, czy dojdą do adresatów, kiedy i jaką drogą”.

Stanisław Kosko przy beczce pocztowej – rekonstrukcja dawnego „urzędu pocztowego”.

ZATOKA ROZBITKÓW

Dar Pomorza w grudniu 1934 roku stanął przy San Cristóbal, zwanej także Chatham. Wejście do zatoki prowadziło między skałami, rafami i wrakiem.

Znów zaglądam do książki Stanisława Kosko Przez trzy oceany (pisownia oryginalna): „Ostrożnie, zmieniając często bieg motoru, lawirował statek pomiędzy sterczącemi z wody stromemi skałami a rafami, ciemniejącemi pod powierzchnią morza. Zatoka Rozbitków (Wrack Bay), gdzie mieliśmy stanąć na kotwicy, nie bez podstawy otrzymała swą mało zachęcającą nazwę. Zdarzył się tu niejeden wypadek. I teraz, o jakieś 200 metrów w prawo, minęliśmy, sterczące z wody, kikuty masztów norweskiego statku, który zatonął przed 9-ciu miesiącami. Niema tu żadnych znaków ostrzegawczych, mapy są niedokładne, a na całym archipelagu istnieje tylko jedno światło, z grubą przesadą zwane latarnią morską – tu właśnie we Wrack Bay. Prawda, że i ruch statków jest niewielki – nie mają tu co robić”.

Ostatnie zdanie – „nie mają tu co robić” – trzeba zapamiętać. Jeśli Galápagos staną się za chwilę sprawą większą niż epizod podróży, punktem wyjścia do formułowania kolonialnej wizji były skały, rafy, niedokładne mapy, wrak, jedno światło i zatoka, której nazwa ostrzegała przed zbyt pewnym wejściem.

Dalej Stanisław Kosko: „Pierwsze swe kroki kierują do urządzenia, którem Chatham chlubi się w pierwszym rzędzie: do swej latarni morskiej”. Był tam „stary, dziurawy i kiepsko zbity pomost”, dalej „na krzywo osadzony słup”, a na nim „niewielka klatka szklanej, naftowej latarni”. Uczniowie Daru komentowali rzecz dosadnie: Kosko pisał, że ich wyrazy podziwu i krytyki były „na tyle niedwuznaczne”, iż miejscowi mogli zrozumieć ich sens bez znajomości języka polskiego.

Pierwszy obraz Galápagos: wielka nazwa i mała latarnia. Archipelag Darwina, a przy brzegu pomost ledwie trzymający się nad wodą. Zatoka Rozbitków, kikuty masztów, brak znaków nawigacyjnych i światło, które samo wymagało oświetlenia.

Wybrzeże Galápagos. Fotografia z albumu Stanisława Koski.

Największa osada na San Cristóbal, Progresso, liczyła zaledwie trzystu kilkudziesięciu mieszkańców. Cały archipelag – mniej niż pół tysiąca. Biali stanowili nieliczną mniejszość; resztę Kosko opisywał językiem epoki jako mieszańców i ekwadorskich Indian. Dodawał, że miejscowej ludności Galápagos nigdy nie miały, przynajmniej nie znaleziono żadnych śladów, które by mogły o tym świadczyć.

Do Progresso było siedem kilometrów. Droga prowadziła pod górę, przez zarośla niskich, popielatych drzewek. Między nimi trafiały się dzika bawełna, kordia i agawy. Kwiaty bawełny przypominały orchidee, kordia kwitła „mnóstwem długich, różowych dzwoneczków”, agawy sterczały suchymi łodygami.

Wracam do listu kapitana do żony: „Korzystając z kilku godzin czasu, poszliśmy wczoraj do jedynego większego osiedla wysp, do osady Progresso. Takiej nędzy nie ma nawet na najgorszej polskiej wsi”. A zaraz potem dodawał: „Po drodze jednak są piękne kwiaty”. Zerwał bukiety dla żony i jej matki, dźwigał je siedem kilometrów do statku, pokłuł się przy tym o agawę „jak można się pokłuć i podrapać siadając z rozmachu na dużego jeża”, ale w kabinie kwiaty „ożyły” i stały przed fotografiami obu pań.

Nędza i kwiaty. To zestawienie wraca w całym galapagoskim epizodzie Daru Pomorza. Wyspy wymykały się prostym obrazom raju i gotowej kolonii. Były raczej miejscem o mrocznej przeszłości.

W głębi jednej z wysp Galápagos. Fotografia z albumu Stanisława Koski.

Tadeusz Meissner pisał: „Właścicielem wyspy Chatham, niemal udzielnym księciem i panem wszystkich mieszkańców Progresso był jeszcze do niedawna Manuel Augusto Cobos. Dawna bowiem kolonja karna w Progresso zmieniła się z biegiem czasu w intratne przedsiębiorstwo. Powstała tam duża plantacja trzciny cukrowej, kawy, kukurydzy, bawełny, jarzyn, owoców i zbóż, a także spora cukrownia. Statek, nazwany «Cobos» 4 razy do roku zabierał produkty plantacji do Guayaquil, głównego morskiego portu Ekwadoru. Dziś wyspa Chatham nie jest już księstwem udzielnym senora Cobosa, a z dawnej cukrowni pozostały tylko ruiny murów i maszyn”.

Stanisław Kosko uzupełnił tę historię:

„Señor Cobos wiele miał kłopotów z pupilami, ale w nagrodę za to rząd ekwadorski darował mu tereny całej wyspy. Z czasem kolonję karną zlikwidowano, a na jej miejscu powstała plantacja, na której pracowali przeważnie dawni zesłańcy i ich dzieci. (…) Przed kilku laty stary Cobos został podstępnie zamordowany, prawdopodobnie przez zemstę. (…) Opuszczone budynki cukrowni, ciężki, murowany piętrowy dom rządowy na wzgórku, parę drewnianych budynków administracji i siły zbrojnej (pluton żołnierzy) przy placyku oraz trzy rzędy luźno stojących, dość niedbale skleconych chałup – to całe Progresso. Szkółka początkowa, sklep z przedmiotami codziennego użytku. Wszystko stoi otworem, ukazując przechodniom swe bardzo ubogie i bardzo brudne wnętrza. Sporo ogródków z wysokiem ogrodzeniem, a w nich dynie, cebula i kwitnące róże”.

Fryderyk Kulleschitz w swojej relacji z wokółziemskiego rejsu Daru Pomorza śledził na Galápagos awanturnicze i osiedleńcze losy ludzi żądnych przygody. Opisał dzieje Niemca Weymana, który zaszył się głęboko w interiorze i „zapomniał o całym świecie”. Zanim zbudował lichy domek, mieszkał w jaskini. Jak człowiek pierwotny.

Ale najgłośniejsza była wtedy historia „cesarzowej” Wysp Zaczarowanych. „El Universo” wydrukował sensacyjny artykuł o dziejach baronowej Eloizy Bousquet de Wagner Wehrborn, która osiedliła się na Floreanie. Artykuł o „emperatrice wysp zaczarowanych”, „islas encantadas”, zaczynał się od zdania godnego dziewiętnastowiecznej powieści przygodowej: „Na samotnym archipelagu Kolumba, którego szczyty wbijają się ostrym klinem w chmury, które wydają się wyspami, wymarzonemi w opowieściach Edgara Poe, które przywodzą na pamięć opowiadania Gulliwera, fantazje Jules Verne’a, zamek d’If Aleksandra Dumasa, dzieje Robinsona i Piętaszka – rozegrał się ponury dramat. Tajemnica spowija splot niesamowitych, zagadkowych wypadków”.

Dalej była „piękna kobieta, światowa arystokratka”, która przybyła na Floreanę „w towarzystwie dwóch mężczyzn”. Wkrótce mieszkańcy archipelagu przezwali ją „cesarzową Wysp Żółwich”. Potem następował opis faktów związanych ze zniknięciem baronowej i Phillipsona oraz okoliczności, w jakich znaleziono ciało Lorentza na sąsiedniej wyspie.

Dziennik zapowiadał, że wysyła specjalnego korespondenta, który zajmie się „rozświetleniem mroków, osłaniających tę zagadkową sprawę”. Przy sposobności – dodawała redakcja – miał zwrócić uwagę społeczeństwa na „zapomniane, zgubione w niezmiernym obszarze wód Pacyfiku wyspy, na życie ich mieszkańców, warunki ekonomiczne oraz możliwości rozwoju, przypominając wszystkim tę wspaniałą, mało znaną prowincję Republiki”.

Historia ta, jak pisał Kulleschitz, trafiła podobno na łamy całej prasy latynoamerykańskiej i angielskiej. Dzieje awanturniczej kobiety stanowiły sensację większą od „niezliczonych rewolucyj i przewrotów”, które co parę miesięcy, „z niezmierną regularnością”, wstrząsały niezależnymi republikami Ameryki Środkowej i Południowej.

W Panamie zwróciła się do załogi reporterka dziennika „Panama–America”, wychodzącego po hiszpańsku i angielsku. Prosiła o przesłanie radiodepeszą informacji zebranych na miejscu. „Rzekomo opuszczony mąż, szwedzki baron, miał się zjawić w Ameryce w poszukiwaniu żony”. Dziennik pokryłby koszty depeszy.

O „cesarzowej” mówiono z panami Gil i Aspiazu, których Dar Pomorza wziął na pokład jako rozbitków. Fregata szła obok Albemarle, gdzie mieli zostać wysadzeni. Zbliżała się do Zatoki Pocztowej. Za beczką stał „opuszczony, drewniany dom, niemal pałacyk”.

Pan Gil opowiadał o Norwegach: „Z 86 rodzin norweskich, które osiedliły się na archipelagu w 1926 roku, pozostała tylko Karin. Inni, nawet jej najbliższa rodzina, zniechęceni samotnością, opuścili już dawno wyspy, wracając do kraju rozgoryczeni, bez majątku przywiezionego z sobą. Norwegowie po przybyciu sprzedali zakupiony wspólnie statek. Sprzedawca jednak, który w imieniu całej gromady załatwiał tę transakcję, zagarnął pieniądze dla siebie i zniknął”.

Ten dom należał do jednego z Norwegów, którzy „z największym uporem, zaparciem się usiłowali wytrwać na miejscu”. Baronowa Bousquet obrała go po przybyciu na Floreanę jako siedzibę i nadała mu nazwę „el paradiso”. Później przeniosła się z towarzyszami w głąb wyspy, do groty dawnych piratów, flibustierów, korsarzy, buccaneers i handlarzy niewolnikami, którzy w ubiegłych wiekach szukali tam schronienia, urządzając z wyspy wypady „na wyspy Oceanji i przechodzące statki”.

Jedna z fotografii wykonanych podczas pobytu załogi „Daru Pomorza” na Galápagos.

GOTÓWKA

Dotychczasowe próby europejskiej kolonizacji archipelagu rozbijały się o brak gotówki albo wytrwałości. To zdanie jest jednym z kluczy do polskiej koncepcji skolonizowania wysp. Drugim – najprostsze pytanie: co właściwie miało stamtąd regularnie płynąć do świata?

A jednak właśnie ta niewiadoma mogła działać na wyobraźnię. Kosko podawał suche dane: sześć większych wysp, dziesięć mniejszych, mnóstwo wysepek i skał, razem ponad siedem tysięcy kilometrów kwadratowych, mniej więcej tyle co archipelag Kanaryjski. Największa, Isabela, wówczas Albemarle, miała ponad sto trzydzieści kilometrów długości i około czterdziestu szerokości. Od Ekwadoru dzieliło Galápagos sześćset mil, od Kanału Panamskiego dziewięćset.

Te liczby jeszcze niczego nie przesądzały, ale już układały się w mapę możliwości. Siedem tysięcy kilometrów kwadratowych. Mało ludzi. Słaba infrastruktura. Położenie na Pacyfiku. Bliskość Kanału Panamskiego liczona nie politycznie, lecz morską wyobraźnią. Wyspy „uwieńczone licznemi stożkami wygasłych i rozsypujących się kraterów”, klimat łagodniejszy niż należałoby się spodziewać po równiku, bo chłodzony prądem Humboldta. Bez cyklonów, tajfunów i huraganów. Z północnymi i południowymi zboczami różniącymi się tak silnie, że po jednej stronie była bujna roślinność, po drugiej czarna, spękana lawa, niskie, popielate drzewka i kaktusy.

Żółw olbrzymi z Galápagos. Fotografia z albumu Stanisława Koski.

Na pokładzie zaczęło się gadanie. Kiedy jedna z wypraw wróciła z trofeami – trzema wielkimi fokami i trzema flamingami, w tym jednym żywym – „opowiadaniom niema końca”. Wieczorem, przy elektrycznych lampach, bosman i pierwszy oficer ściągali skóry z ubitych fok. Ale następnego dnia trzeba było oddać cumy…

Kosko pisał z żalem: „Ledwie zdążyliśmy się jako tako zorjentować w bogatych możliwościach tych ciekawych wysp, gdy trzeba je pożegnać, prawdopodobnie już na zawsze”. I zaraz dodawał: „tak tu niejeden z oficerów głośno rozmyśla o osiedleniu się na Galápagos”.

Kosko nie wymyślił tej pokusy samotnie. Na pokładzie rodziła się rozmowa: może zostać, może wrócić, może spróbować, może się osiedlić? Kończył fragment obrazem samotnego jachtu czekającego w zatoce na właściciela i zdaniem: „Na prawdziwego gospodarza czekają także samotne wyspy Galápagos”.

Właśnie z takich zdań zaczynał się miraż… Bo określenie „prawdziwy gospodarz” w polskim uchu lat trzydziestych brzmiało stanowczo. Niemal jak wyzwanie: czy odległe, słabo zagospodarowane wyspy można uczynić naszymi?

[c.d.n.]

GALERIA – materiały dodatkowe

Załoga „Daru Pomorza” przy beczce pocztowej na Galápagos. W czapce oficera – Tadeusz Meissner.

 

Add Comment