Polacy mają szczególny kalendarz. Są w nim lata, które w pamięci narodowej skróciły się do jednego miesiąca. Czerwiec. Marzec. Grudzień. Sierpień.
Jeśli szukamy analogii politologicznej, Sierpień ’80 był zjawiskiem unikalnym w skali świata: masowym ruchem robotniczym przeciw rzekomemu „państwu robotniczemu”. Uruchomił proces, który dziewięć lat później doprowadził w Polsce do demontażu ustroju socjalistycznego, monopolu partii i zależności od Związku Sowieckiego, a potem stał się jednym z głównych impulsów Jesieni Narodów i rozpadu całego bloku.
Może dlatego Mickiewiczowskie słowa: „O roku ów!” brzmią u nas inaczej niż w krajach, które wchodzą do historii spokojnym krokiem, przez kolejne ustawy, zmiany gabinetów, wybory i budowę autostrad. Polacy przez długie lata wchodzili do niej przez bramę fabryczną, przez zamknięty teatr czy plac w centrum miasta. Historia nie miała tu zwyczaju przychodzić punktualnie. Gromadziła się najpierw w mieszkaniach, na przystankach, w kolejkach, w szatniach zakładów pracy. I nagle, któregoś dnia wychodziła na ulicę.
Tak było w roku 1905, kiedy robotnicza Łódź stała się matecznikiem strajku. Nie inaczej było w Poznaniu w czerwcu 1956 roku, gdy robotnicy wyszli z kwitkami pokazującymi niskie wynagrodzenie, podniesione normy. Musieli zapytać, czy państwo to godność i prawda? W marcu 1968 roku zaczęło się od „Dziadów”, od odwołanego spektaklu i zdjętego afisza ręką cenzora. Dziś na nikim już nie robi wrażenia ta sławna w czasie zaborów formuła: „К печати не допускается” (wym. K pieczati nie dopuskajetsia) – Nie dopuszcza się do druku. Tamten, uwspółcześniony zakaz wobec Dejmkowych „Dziadów” odbił się echem w całym kraju.
Grudzień 1970 roku nad Bałtykiem zaczął się od podwyżek cen. W Szczecinie, Gdańsku, Gdyni i Elblągu ludzie przekonali się, że ich państwo, w odpowiedzi na żądania sięgnie po kulę, gaz i wojsko. Czerwiec 1976 roku zaczął się w Radomiu, Ursusie i Płocku. Ludzi tam pobitych, wyrzuconych z pracy, ciągniętych przez ulice w „ścieżkach zdrowia” widziała cała Polska. Ale pozostawił też coś, co dojrzewało wolniej od gniewu: poczucie, że człowiek pobity w jednym mieście nie może zostać sam, jeśli w drugim mieście ktoś ma jeszcze odwagę protestować.
Za każdym razem tłum opuszczał ulicę bardziej doświadczony, choć najczęściej także bardziej poraniony. W roku 1980 nastąpiło coś, co odróżniało Sierpień od poprzednich miesięcy polskiego buntu. Gniew, który wcześniej wybuchał i rozpraszał się pod pałkami, dostał formę. Pojawiły się komitety, delegaci, dyżury, postulaty, wreszcie – żądania i protokoły z pierwszych rozmów. Brama stoczniowa przestała być miejscem, przez które rano przechodziło się do pracy. Ustawiono w niej stół, przy którym państwo musiało usiąść naprzeciw swoich obywateli.
Tego nie wymyślili wyłącznie Polacy. Francuzi mają swój rok 1789, Niemcy czerwiec 1953, Węgrzy październik 1956, Czesi i Słowacy rok 1968. Każdy naród przechowuje kilka dat, które nie mieszczą się w zwykłym kalendarzu. Czasem są to daty zwycięstw, częściej dni, w których ludzie przekonali się, że ich wspólne milczenie to za mało na godne życie.
Sierpień 1980 roku miał własną scenografię. Na zdjęciach i filmach zostały flagi przy bramach, tablice z postulatami, twarze ludzi stojących w gęstym tłumie, uniesione pięści, kobiety przynoszące jedzenie, księża, robotnicy, studenci, dziennikarze. Za tą fotografią, która obiegła świat, pracował już inny Sierpień: rozdzielał odpowiedzialność za to, co wywalczył tłum.
Dla dziecka z podwórka z tej wielkiej lekcji mogła zostać przede wszystkim strona widzialna. Flaga. Krzyk. Zaciśnięta pięść. Ludzie idący razem środkiem ulicy. Tramwaj, który musi poczekać. Dorosły świat, którego nigdy wcześniej nie widzieli. Mocny, brutalny, głośny, zdeterminowany, a tym samym, no właśnie… bezkarny, nieodpowiedzialny, poddany żywiołowi emocji?
Stadion był dla takiej lekcji miejscem szczególnym. Grup kibicowskich nie spajał program polityczny, lecz rytuał. Barwy, przyśpiewka, flaga, droga na mecz i droga z meczu, starsi chłopcy, których znało się z osiedla, i młodsi, którzy chcieli kiedyś stanąć obok nich. Pamiętam ten klimat doskonale. Nie wiem, miałem 7-9 lat? Poszedłem na pierwszy mecz. Pogoń – Arkonia. Z Gumieniec. Na piechotę. Ale to, że szedłem ze starszymi, że słyszałem, jak nawołują się, krzyczą… Mój Boże – i ja tam byłem!
W grupie kibicowskiej łatwo było odnaleźć gotową odpowiedź na pytanie, kim się jest. Wystarczyło założyć szalik, podnieść głos we właściwym momencie i wiedzieć, komu wolno ustąpić miejsca, a komu już… nie.
Ojciec, starszy brat, sąsiad z klatki schodowej, chłopak z dziesiątej klasy — wszyscy mogli być dla ośmio- czy dziesięciolatka ważniejsi niż jakikolwiek komentarz w gazecie. Dziecko nie potrzebuje znać całej historii, aby przejąć jej gest. Niekiedy wystarcza mu widok starszych, którzy idą razem i wiedzą, dokąd idą. Resztę dopowiada tłum.
Wiosną 1981 roku po jednym ze zwycięskich meczów Pogoni taki tłum wyszedł ze stadionowego świata i ruszył przez Szczecin. Z Twardowskiego w Jagiellońską. Potem przez aleję Wojska Polskiego, Bramę Portową, aleję Wyzwolenia, plac Grunwaldzki, plac Lenina. W mieście, które pamiętało Grudzień, droga przez centrum nigdy nie była zwykłą drogą.
Na kolejnej reporterskiej taśmie w moich zbiorach zachował się wywiad. Słychać głos oficera Milicji Obywatelskiej. Mówi rytmicznie, ostrożnie, z pamięcią o tym, że każde zdanie może być potem cytowane. Przez kogo? Przede wszystkim – Radio Wolna Europa, Głos Ameryki czy BBC. W tle nagrania słychać głos, kobiecy. Gabinet komendanta? Nie pamiętam, ale w takich sytuacjach wypowiedzi dla radia nie udzielał szeregowy milicjant.
Zapis rozmowy
Oficer MO: Największe nasilenie ruchu kibiców skierowane zostało z ulicy Twardowskiego w ulicę Jagiellońską, a dalej w kierunku centrum miasta. Tłum ten poruszał się całą szerokością jezdni. Utworzyła się grupa około 1500 osób, na czele której stał młody człowiek z flagą Pogoni.
Marek Koszur: Siedemnastolatek.
Oficer MO: Siedemnastoletni, jak się później okazało. A uczestnikami tej grupy było sporo dzieci w wieku 8, 10, 12 lat oraz młodzież w wieku od 12 do lat 17. Są to najczęściej uczniowie szkół podstawowych i szkół ponadpodstawowych.
Ich zachowanie wskazywało na to, że spożywali alkohol. Grupa ta przez cały czas zachowywała się w miarę spokojnie, śpiewając jedynie pieśni pochwalne na cześć zwycięstwa Pogoni. Wielu z uczestników tego pochodu uderzało dłońmi o stojące na poboczu samochody. Utrudniono ruch pojazdów, zatrzymywały się tramwaje, nie jeździły samochody, a tych kierowców, którzy chcieli przedostać się przez tłum, po prostu do tej dalszej jazdy nie dopuszczano.
Pochód przemaszerował przez w zasadzie najważniejsze, najbardziej ruchliwe, centralne ulice miasta, bo przez Wojska Polskiego do Bramy Portowej, Wyzwolenia, plac Grunwaldzki, plac Lenina. Grupa ta przeszła co najmniej 6 kilometrów. Na wielu ulicach jednokierunkowych uczestnicy tego pochodu poruszali się pod prąd, uniemożliwiając swobodne kursowanie tramwajów, autobusów czy samochodów osobowych.
Marek Koszur: Wspomniał pan o tym, że uderzano rękoma o samochody. Czy są jakieś poważniejsze uszkodzenia tych pojazdów?
Oficer MO: Straty te mogą wynosić kilkanaście tysięcy złotych w tych pojazdach, które do tej pory zostały nam przedstawione do dokonania oględzin. Mówi się, że ci młodzi ludzie maszerowali po tych samochodach, po maskach, po dachach. Ze śladów, jakie ujawniliśmy na dwóch pojazdach, ujawniono bezspornie ślady stóp czy obcasów butów na maskach tych wozów. Niemniej jednak z wgnieceń, jakie tam zaobserwowano, wynika, że tymi, którzy na te samochody wchodzili, były to po prostu dzieci. Nie było przypadków, poza jednym, wybijania szyb w pojazdach.
Marek Koszur: Interweniowaliście, kiedy ta największa fala emocji już opadła.
Oficer MO: Zatrzymano czterech uczestników tego zajścia, z których żaden nie przekroczył 18. roku życia. W stosunku do sprawców tych incydentów, ale przede wszystkim za tamowanie ruchu, zostaną sporządzone wnioski do kolegiów. Myślę tu o dwóch sprawcach, którzy w chwili popełnienia wykroczenia ukończyli lat 17. Natomiast do pozostałych skierujemy stosowne wystąpienia do szkół, do których oni uczęszczają.
Chciałbym tutaj nawiązać jeszcze do pewnych faktów z tak nie tak dawnej przeszłości. Mianowicie przed kilkoma tygodniami również odbywał się na Stadionie Pogoni mecz z drużyną gorzowską i wówczas efekty działalności kibiców były bardziej widoczne. Na mecz ten przyjechała dość liczna grupa kibiców Stilonu Gorzów. Po meczu, który zakończył się przegraną Pogoni, kibice niezadowoleni z wyniku spotkania spowodowali spore straty w pojazdach naszych gości z Gorzowa. Uczestnikami tego zajścia byli młodzi ludzie. Część z nich nie ukończyła 12. roku życia.
Ubolewamy bardzo z powodu tych zajść. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy odpowiedzialni za utrzymanie ładu i porządku w tym mieście, ale z drugiej strony chciałbym, żeby ci, którzy nas słuchają, mieli pełną świadomość, w jak trudnych warunkach aktualnie pracujemy. Prasa informowała państwa o szeregu przypadków, w których funkcjonariusze MO nie mogli podjąć stosownych interwencji wobec sprawców ewidentnych przestępstw i jakiekolwiek interwencje wobec tych osób kończyły się dużymi zbiegowiskami, a tłum ten, mimo wyjaśnienia im powodu naszej interwencji, żądał wręcz uwolnienia zatrzymanych sprawców przestępstw, strasząc nas nawet takimi zajściami, jakie miały miejsce w Otwocku.
Taśma i jej kalendarz
Oficer nie przywołuje Stilonu mimochodem. Mecz rozegrano 25 kwietnia 1981 roku. Pogoń przegrała u siebie z Gorzowianami 3:4. W milicyjnej relacji właśnie po tej porażce młodzi Szczecinianie mieli spowodować „spore straty” w pojazdach gości z Gorzowa.
Kilka tygodni później wynik jest już inny. Mecz, po którym doszło do wspomnianych wydarzeń i interwencji milicji, został rozegrany 23 maja 1981 roku.
Było to spotkanie 26. kolejki II ligi grupy zachodniej. Pogoń Szczecin grała wtedy na wyjeździe z Górnikiem Wałbrzych, a pojedynek zakończył się remisem 2:2. Zdobyty punkt przybliżył szczecinian do upragnionego awansu do ekstraklasy, jednak to właśnie radosna feta po powrocie do Szczecina oraz emocje związane z walką o awans wymknęły się spod kontroli, przeradzając się w burzliwe incydenty na ulicach miasta.
Ten marsz nie miał wyraźnego programu – niósł śpiew, triumf, flagi i zajął całe ulice.
Czym był?
W języku milicjanta: zakłóceniem porządku. W języku kibiców: zapewne przedłużeniem meczu. W języku socjologii: zachowaniem zbiorowym, w którym ludzie przestają występować jako pojedyncze osoby, a zaczynają działać według reguł przejętych od grupy, z którą właśnie się utożsamiają.
Dawniej tłum opisywano prosto. Miał porywać człowieka, odbierać mu rozum, obniżać próg wstydu i odpowiedzialności. Naukowcy dziś patrzą ostrożniej. Tłum nie jest workiem, do którego wpadają ludzie, aby wyjść z niego gorsi. W tłumie tworzy się wspólna tożsamość, a z nią granice zachowania. Czasem granice te powstrzymują przemoc. Innym razem pozwalają na działania, których człowiek sam nie podjąłby nigdy. Wiele zależy od sytuacji, od obecności rywala i od poczucia bezkarności. Także od reakcji służb i silnego przywódcy, który grupie nadaje ton i wskazuje cele.
Na szczecińskiej taśmie jest wiele elementów takiej sytuacji. Grupa idzie całą szerokością jezdni. W jej środku łatwiej uwierzyć, że miasto należy na chwilę do maszerujących. Samochód przestaje być własnością konkretnego człowieka, który za chwilę będzie musiał znaleźć blacharza. Staje się częścią scenografii. Można w niego uderzyć dłonią, postawić but na masce i sprawdzić, czy dach wytrzyma ciężar chłopca, który jeszcze nie ma dwunastu lat.
Nie trzeba dopisywać tym dzieciom wielkiej politycznej świadomości. Nie maszerowały z listą postulatów. Mogły jednak znać formę, w jakiej dorosły świat wyrażał siebie od kilku już miesięcy. Flaga i zbiorowy śpiew są czytelne dla każdego. Tak samo rozpoznawany jest odruch, że duża grupa może zatrzymać tramwaj i uczynić z ulicy własny teren.
To nie dowodzi, że Solidarność nauczyła dzieci ulicznej przemocy. Byłoby to uproszczenie niemal równie wygodne jak milicyjny skrót o Otwocku. Ruch „Solidarności” próbował przecież dokonać rzeczy odwrotnej: przenieść społeczny gniew od maski samochodu do stołu rozmów, od spontanicznego wybuchu do odpowiedzialnej organizacji. W jego wielkości mieściła się umiejętność pilnowania własnego tłumu, prowadzenia sporów, negocjowania, pisania żądań i brania odpowiedzialności za słowo.
Dzieci
Tu jest rzeczywiście najważniejszy temat.
Nie da się udowodnić, że te ośmio-, dziesięcio- i dwunastoletnie dzieci dosłownie odgrywały role swoich ojców lub starszych braci. Ale jako hipoteza interpretacyjna jest to bardzo mocne. Nie kopiowały programu. Kopiowały formę.
Flaga. Tłum. Okrzyki. Zajęcie jezdni. Zatrzymywanie tramwajów. Uderzanie w samochody. Wejście na maskę czy dach. To nie jest jeszcze polityka ani nawet dojrzałe kibicowanie. To jest nauka społecznej przewagi: „jest nas wielu, więc miasto na chwilę należy do nas”.
W 1981 roku starsi mogli widzieć, że tłum potrafi wymuszać reakcję władzy, otaczać komisariat, zatrzymywać ruch, narzucać warunki. Dzieci przejęły z tego zachowania tylko smak grzechu: przekroczenia granicy w zachowaniu.
Chodzenie po samochodach nie musi być tu „wyrafinowaną” akcją. Jest jednak czymś więcej niż przypadkowym wybrykiem. To rytuał odwrócenia porządku: samochód dorosłego, prywatny, stojący przy ulicy, zostaje na chwilę poddany dziecięcej władzy tłumu.
Najmocniejsza teza byłaby taka:
Nie powstawała jeszcze ideologia kibolska. Powstawała praktyka: hałas, tłum, flaga i bezkarność wystarczają, by na moment przejąć miasto.
Nie mówiłbym jeszcze o „utrwaleniu standardów anarchii”. To byłoby za szerokie. Jedna taśma nie dowodzi procesu społecznego. Ale sama rozmowa pokazuje co najmniej dwa zdarzenia w niewielkim odstępie czasu: Stilon po porażce i późniejszy marsz po zwycięstwie. To już pozwala mówić o kształtowaniu się wzoru zachowania.
Najgroźniejsze nie jest nawet to, że dzieci uczą się niszczyć. Uczą się, że granica istnieje dopiero wtedy, gdy ktoś ją egzekwuje. A z tej relacji wynika, że milicja weszła do gry dopiero wtedy, gdy fala emocji opadła.
Nie jest jednak moim celem tłumaczenie intencji czy motywacji zderzających się stron. To zadanie dla specjalistów.
Przytaczam ten archiwalny zapis z zupełnie innego powodu. Mojego. Własnego. Oceny pracy reportera.
Tak. Ale nie zamierzam składać samokrytyki ani w odniesieniu do wywiadu ze Stefanem Bratkowskim czy w dalszej części tego wydania TVSiódemki – ze Stanisławem Wądołowskim oraz Edmundem Bałuką. Tak! Również ten materiał odnalazłem w moim archiwum!
Gdybym miał dokonać oceny reportera…
Jego rola w nagraniu wydaje się wręcz techniczna, lecz jest precyzyjnie wyznaczona. Nie podkręca rozmowy. Nie dostarcza słuchaczowi słów o hordzie, rozpasaniu czy terrorze młodocianych. Nie wywołuje wrażenia, że Szczecin stoi na progu katastrofy. Pyta o szkody. Przypomina pogłoskę o chodzeniu po samochodach. Sprawdza ją. Oficer odpowiada, że ślady ujawniono na dwóch pojazdach i że wgniecenia wskazują raczej na dzieci niż na dorosłych.
W tym miejscu reporter konturuje wypowiedź milicji.
Jeszcze wyraźniej robi to pytaniem o interwencję. Nie podnosi głosu. Nie oskarża. Zdaniem: „Interweniowaliście, kiedy ta największa fala emocji już opadła” stawia rozmówcę w sytuacji dyskomfortowej. Tysiąc pięćset osób przeszło przez śródmieście, blokując ruch i idąc pod prąd ulicami jednokierunkowymi. Milicja zatrzymała cztery osoby. Oficer uzasadnia to trudnymi warunkami pracy i możliwością zbiegowiska.
Reporter słyszy odpowiedź, ale nie prowadzi jej dalej. Słuchacz, niczym sędzia przysięgły, dostał pełny materiał dowodowy w odniesieniu do tego aspektu sprawy. Nie pyta o godzinę pierwszej interwencji, o liczbę funkcjonariuszy i dowódcę zabezpieczenia. Nie domaga się podstawy twierdzenia, że dzieci i młodzież spożywały alkohol. Nie zatrzymuje się przy kwestii Otwocka, nie przypomina, że tamte wydarzenia zaczęły się od pobicia ludzi zatrzymanych przez milicjantów. Pozwala oficerowi wygłosić końcowy monolog o zagrożeniu dla porządku.
Tak zakreślił granice reporterskiej wiwisekcji. Gdyby postąpił inaczej, stałby się rzecznikiem jednej ze stron. Nie miał obok siebie pijanego dwunastolatka podskakującego na dachu samochodu. Zadbał o fotograficzną panoramę wydarzenia z perspektywy milicjanta. Ale – zawoła każdy – niechby przywołał uczestnika drugiej strony. Niewykluczone, że tak zrobił. Nawet jestem tego pewny. Tyle, że w innym materiale. Bo zestawianie dwóch racji w jednym miejscu to już byłaby publicystka. Spór. A my mówimy o informacji, o newsie, relacji dla serwisu informacyjnego. Tam wymagana jest chirurgiczna precyzja i całkowita sterylność argumentów.
Zapis tej rozmowy pokazałem dwóm znajomym. Żaden z nich nie jest dziennikarzem. Z ich wypowiedzi ułożyłem taki raport:
Reporter: nie propagandysta, ale też nie śledczy
Najlepszym słowem jest chyba właśnie: konturuje.
Reporter nie tworzy sam narracji milicji. Zadaje trzy istotne pytania:
Najpierw zmusza oficera do przejścia od ogólnej opowieści o tłumie do konkretu: jakie są szkody w samochodach?
Potem wprowadza pogłoskę: „Mówi się, że ci młodzi ludzie maszerowali po tych samochodach”. To nie jest powtarzanie propagandy, lecz sprawdzenie jej granicy. I odpowiedź milicji jest znamienna: nie potwierdza masowego demolowania, lecz mówi o śladach na dwóch pojazdach i o tym, że sprawcami były „po prostu dzieci”.
Najostrzejsze jest jednak zdanie: „Interweniowaliście, kiedy ta największa fala emocji już opadła”. To nie jest neutralne pytanie. Ono punktuje spóźnioną interwencję.
Ale reporter nie ciągnie tej sprawy dalej. Nie pyta: dlaczego nie weszliście wcześniej? Dlaczego 1500 osób mogło przejść sześć kilometrów przez centrum? Czy nie obawialiście się skutków biernej obserwacji? Nie wraca też do twierdzenia o alkoholu, które pozostaje wyłącznie oceną milicji.
Dlatego nie nazwałbym go propagandystą w prostym sensie. Nie jest drugim oficerem MO przed mikrofonem. Jest jednak dziennikarzem ograniczonym ramą materiału: może zaznaczyć pęknięcie, lecz nie ma już prawa go poszerzyć.
Najbardziej propagandowy fragment nie wychodzi z pytania reportera, ale z końcowej dygresji oficera o Otwocku. Oficer dokonuje tam zasadniczego przesunięcia: z rozmowy o dzieciakach niszczących samochody przechodzi do opowieści o milicji zagrożonej przez tłum.
Oficer przywołuje też Otwock. To ważne słowo, bo pozwala zawęzić czas. W Otwocku 7 i 8 maja 1981 roku milicjanci zatrzymali i pobili dwóch mężczyzn. Pod posterunkiem zebrał się tłum. Sytuacja była groźna, lecz ostatecznie działacze „Solidarności” i opozycji nie dopuścili do linczu na funkcjonariuszach. W oficerskiej opowieści pozostaje jedynie końcowy obraz: tłum, który domaga się uwolnienia zatrzymanych i grozi milicji.
Przyczyna znika. Zostaje ostrzeżenie.
Otwock był dla milicji niewygodny, bo zaczynał się od brutalności jej funkcjonariuszy. Mógł jednak zostać użyty jako dowód na to, że władza ma trudności z egzekwowaniem porządku. Wystarczyło odwrócić kamerę. Zamiast pobitych – zobaczyć rozjuszony tłum. Zamiast pytania o działania milicji postawić pytanie o bezpieczeństwo milicjantów.
Tyle że Otwock był sytuacją zupełnie inną: tam tłum zareagował na pobicie zatrzymanych przez funkcjonariuszy. Oficer zrównuje więc reakcję społeczną na brutalność MO z potencjalną przeszkodą w zatrzymywaniu sprawców wykroczeń w Szczecinie. To jest moment, w którym instytucja ustawia siebie w roli ofiary. Reporter tej podmiany już nie kwestionuje. Mówi – milcząc.

W latach 1980–1981 dziennikarze radiowi domagali się większego dostępu do informacji, większego udziału programów lokalnych w antenie ogólnopolskiej, ograniczenia wewnętrznej cenzury i możliwości rzetelnego opowiadania o sytuacji kraju. Potwierdzam. Słyszę te głosy, widzę te petycje. Ale też odpowiadam – ani razu cenzura nie zdjęła mi z anteny materiału mojego autorstwa czy przygotowanego przez członków mojego zespołu. A wtedy – odpowiadałem za całą politykę informacyjną Polskiego Radia w Szczecinie i po części – Ośrodka Telewizyjnego. Nigdy też na antenie tego radia i w paśmie wspólnych audycji całego Wybrzeża nie przypominam sobie zakazu, nakazu, cięcia czy zmiany wymowy materiałów, wymuszonego na nas przez kogokolwiek. Nie znaczy to, że w innych redakcjach mogły mieć miejsce takie interwencje. Ale zastanawiam się, w której? W Rozrywce, Kulturalnej? Sportowej czy Ekonomicznej? Domagam się faktów. Z nimi dyskutować nie będę. Gdyby na którejś z relacji pojawiła się pieczątka: Nie dopuszcza się do druku (w praktyce: takiej pieczątki oczywiście nie było; cenzor mógł nie parafować materiału, nie wpisać swojego kodu, np. F3 albo B6). Ani razu kierownictwo rozgłośni i Radiokomitetu nie odpowiedziało mi przypomnieniem, kto w istocie pozostaje właścicielem mikrofonu. Ja trzymałem ten mikrofon w mojej ręce.
Owszem, z pracy zostałem zwolniony dyscyplinarnie, ale za przygotowanie materiałów z wieców wyborczych kanclerzy Schmidta i Kohla podczas wyjazdu reporterskiego na regaty w Bremerhaven. Dyrektor Puchalski strzelił obcasami, potwierdził Warszawie, że wyrzucił mnie na zbitą twarz, ale… kwitów nie wręczył. Wysłał mnie do domu z kategorycznym zakazem opuszczania mieszkania przez dwa miesiące.
– Przy tym tempie politycznej karuzeli prezesa za dwa miesiące już nie będzie.
Miał rację.
Ten z pozoru niewiele w sumie znaczący materiał znaleziony w kartonie ze starymi taśmami reporterskimi jest swego rodzaju modelowym przykładem mojej polityki informacyjnej – tak w kwestiach merytorycznych jak i warsztatowych. Po latach, jeden ze światków tamtych czasów określił tę metodę dość trafnie: zero artystostwa. Jest przykładem rzetelnej informacji. Rozszerzonej. Omijającej pokusę ideologicznego sosu.
W Szczecinie ten spór miał własny adres i własne nazwiska. W rozgłośni powstała Komisja Pracownicza „Solidarności”. Niektórzy dziennikarze przedstawiali postulaty dotyczące pełniejszej informacji. Mój Boże… Przypominam sobie jedno z takich zebrań. Zbigniew Puchalski nie wytrzymał.
– Dość! – cytuję z pamięci. – Dość tego narzekania. Macie nowy wieżowiec, macie gabinety, sprzęt, wszystkie możliwości, najnowocześniejsze studia – więc – do roboty!
Jak można było nie nienawidzić takie szefa…
Można było. Skoro nie udało się po linii programowej i demokratycznej, to trzeba było sięgnąć po metody mniej subtelne. Ale to odrębny temat.
Materiał o kibicowskim marszu był trudny do ugryzienia przez cenzurę. Milicja? Funkcjonariusz odczytał to, co sobie napisał. Reporter nadał temu formę. Ta natomiast sama zmieniła się w komentującą treść. Więc do czego tu się można było przyczepić?
Inną funkcję pełnili autorzy klasycznych komentarzy politycznych. Ale władza nie miała do nich pretensji, jeśli jej nie chwalili, nie gloryfikując jednocześnie drugiej strony.
Celem radia było bez wątpienia uspokojenie nastrojów, pokazanie skali zdarzenia, przypomnienie mieszkańcom, że miasto ma swoje granice, a milicja nadal pełni funkcję stróża porządku. Nie można tej funkcji milicji zmieniać, bo akurat ktoś chce pobiegać po dachach samochodów. Milicja mogłaby przy takiej relacji ze społeczeństwem powiedzieć na wezwanie o bijatyce: a ile razy sobie dali po mordzie? Tylko tyle? OK, tak jak wypadną każdemu po dwa zęby trzonowe – dzwońcie. Wtedy przyjedziemy.
I dlatego warto uznać: dobrze, że zachował się nam materiał o czymś znacznie większym niż sześciokilometrowy marsz po meczu Pogoni.
Powrót do „roku owego” nie powinien prowadzić do taniej opowieści o polskiej skłonności do anarchii. Polacy nie różnią się od innych narodów tym, że potrafią się gniewać, wychodzić na ulicę, niszczyć cudzą własność albo tworzyć tłum. Takie zachowania należą do ludzkiego repertuaru. Pojawiają się tam, gdzie wspólnota czuje się silniejsza od pojedynczego człowieka.
Polska historia odrabia szczególną lekcję ulicy. Przez dziesięciolecia ona właśnie zastępowała instytucje, których ludzie nie mieli. Zastępowała wolną prasę, parlament, niezależny związek zawodowy, sąd, do którego można było pójść bez lęku. Wtedy ulica stawała się wielką salą rozmów. Czasem prowadzonych z godnością. Innym razem kamieniem wyrwanym z bruku.
Rok 1980 pokazał, że Polacy potrafią tłum zamienić w społeczeństwo. Na tej archiwalnej taśmie zostały dzieci na maskach samochodów, oficer z kartką, reporter z kilkoma pytaniami i miasto, które na chwilę nie mogło przejechać samo przez siebie. W tym małym zdarzeniu odbija się cała epoka.
____________
więcej: w miesięczniku TVSiódemka. Kliknij baner, a pobierzesz wersję elektroniczna gazety, bezpłatnie
___________






Add Comment