... czujesz, jakby czyjąś dłoń na twoim ramieniu...

Aby kawałek rozżarzonego żelaza zamienić w finezyjny kształt, trzeba weń walić młotem z siłą i wizją. Ale także z przekonaniem, że ta praca ma sens. Żelazo zaowocuje.

Dopiero dziś uświadomiłem sobie, jak w gruncie rzeczy obcowanie z rozpalonym żelazem pojawiało się w moim życiu. A może bardziej — z kuźnią?

Najbardziej tajemniczym i podziwianym wujem był kowal z Trzemżala. Jak bardzo byłem wtedy mały i przerażony kruchością dziecka wobec jego siły i sprawności. Zamykam oczy i widzę jego uśmiech. Ale kiedy zaczynałem grać na akordeonie, wuj zastygał w milczeniu i mrużył oczy. Teraz pomyślałem sobie: my, kowale…

Kuźnia była też przy Lwowskiej. Gdy wspinaliśmy się na kościelną wieżę, opierającą się niemal o tę kuźnię, z dołu dobiegało walenie w kowadło. Mieszało się z jękiem serca bijącego w dzwon. Jako ministranci z wielkim wysiłkiem przywoływaliśmy go do oznajmiania ludziom, że to właśnie teraz jest ten czas, gdy ich myśli winny się wokół dźwięku dzwonu i… kowadła skupiać.

Ale ta pierwsza moja kuźnia była przy Krakowskiej. I to była już pełna magia. Wystawialiśmy łebki zza węgła domu i patrzyliśmy, jak kowalski uczeń pompował miechem powietrze w palenisko, z którego tryskały najprawdziwsze iskry, takie błękitno-srebrne, tak szybkie i zwinne, że nie sposób było ich policzyć. Ta kuźnia z czasem zaczęła zarastać niepamięcią. Ktoś wybił szybę, inny oparł o jej ścianę jakieś deski. Matka, wracając z miasta, nieustannie o tej kuźni mówiła. Co tam się stało? Dlaczego? A taki dobry budynek. I kiedy powiedziałem: żenię się, Matka, jak ta iskra z paleniska, zawołała:

– A gdzie zamieszkacie?

O, nie, nie, nie! Zrozumiałem, że ona już dawno ten problem miała praktycznie rozwiązany.

– Ta kuźnia ma na pięterku takie mieszkanko. Na pewno jest śliczne. Wystarczy je posprzątać. Ale mielibyście…

Nie było w dzielnicy miejsca mniej godnego w moich oczach.

– Gdzie mieszkasz?

– Ja? Ja mieszkam… w kuźni.

Dom wybudowałem nieopodal tego miejsca. Pół kilometra? Z wnukiem zawsze na spacer chodziłem obok kuźni. A mogłem w trzystu pięćdziesięciu dziewięciu innych kierunkach. – A wiesz, że ja tu miałem mieszkać? Dziś bywam tam rzadko. Prawie wcale. W rzeczywistości. Bo we wspomnieniach – niemal codziennie. Może nawet częściej. Kuźnia… Żar. Dźwięk. Iskry. Psychologowie, być może, nazwą ten stan pamięcią miejsca. A może traumą? Ale czego, jaką? Suche, proste i techniczne wręcz określenia. I niech tak już zostanie. Bo żadnego z nich nie będę w stanie naprowadzić na sens i moc „mojej” kuźni. Ale… Chyba że… Gdyby tak słowo za słowem, wrażenie za wspomnieniem?

Tak właśnie próbuję od fragmentu muru po dawnym seminarium, wybujałego dębu, szumu pędzących pociągów „odbudowywać” obraz przeszłości. Już dokładam głosy, już szum deszczu co jakiś czas się pojawia, a o świcie miejsce to okrywam ciszą skupienia. Bo wiem, że On i jego studenci – wtedy milczeli. Drzwi ich kuźni życia były zamknięte. W modlitewnym milczeniu trwało wzniecanie ognia w palenisku.

I oczekiwanie na pierwsze iskry, które wzlecą ponad siłę myśli.

Młodzi kowale...? Trudne sobie kowadło wybrali. Na szczęście, zaczynają tu od zabawy...