Odyseja 2000. Jedna z pierwszych scen „2001: Odysei kosmicznej”. Świt człowieka. Małpolud, leżąc obok dogasającego ogniska, ujmuje piszczel obgryzionego zwierza i uderza nim w inną kość. Ta — podskakuje. Uderza mocniej — ta wykonuje salto w powietrzu. Uderza kolejny raz, z całej siły! Zgodnie z zasadą mechaniki, belka odpowiednio podparta, do której znienacka przyłożymy znaczną siłę, odda ją w postaci innej energii po przeciwnej stronie podparcia. Poszybuje więc — co widać świetnie na filmie — w przestrzeń międzygwiezdną.
Oto doskonała metafora ukazująca naszą drogę do podboju kosmosu. Na kolejnych bowiem ujęciach podziwiamy niezwykle rozbudowane statki i bazy kosmiczne, a kierujący nimi ludzie, mimo niezmienionej objętości głowy w stosunku do łba praprzodka, mieszczą w niej ogrom wiedzy, której zaczynem było uderzenie piszczela w piszczel.
Największym problemem naszej cywilizacji nie jest brak wynalazków, lecz paniczny lęk przed prawdziwą zmianą. I wcale nie idzie o coraz to nowe modele czy wersje starych wynalazków. Idzie o to, że jesteśmy w coraz większym stopniu impotentni w kwestiach kreowania nowych idei, nowych potrzeb. Bizantyjsko zgnuśnieni, nie chcemy unosić się z wygodnej kanapy, bo nie daj Boże dostrzeglibyśmy nieznany fragment horyzontu. A ten — wiadomo — trzeba będzie odkryć. A to wcale nie jest tak blisko…
Półki sklepowe zapełniamy wariacjami już dawno opatentowanych pomysłów. Audiofilizm jest tu doskonałym przykładem. Każdego roku trafiają na rynek coraz to doskonalsze wzmacniacze.
Ale czy tak uczciwie — ktokolwiek to sprawdza? Nie, wystarczy, że powie, napisze, ogłosi, zamanifestuje, a gdy pierwszy okrzyk emocji osłabnie — oferent ustawi obok produktu małą karteczkę z ceną… Ta będzie wyższa od ceny za podobny przedmiot równie entuzjastycznie wychwalany przed rokiem. I niech mi ktoś powie, że nie nastąpił tu rozwój!
Publiczność, doznawszy elektryzującego pobudzenia — zaciśnie zęby i, kiwając głową, powie: no cóż, warto tyle dać. Bo to jest najlepsze, co dotychczas… no właśnie — nie wymyślono czy stworzono, a jedynie wyprodukowano i ogłoszono, narzucono, wciśnięto, wmówiono, wbito w te zakute łby, że mamy nowego bożka. A wbić coś rzeczywiście twardego w jeszcze twardsze podłoże to już jest wyczyn. No, może był. Dziś rynek jest tak zblazowany i zdemoralizowany, że „działkę” nowości musi otrzymywać coraz częściej, z większą intensywnością.
Co najśmieszniejsze — ten rynek nie słucha inkryminowanych urządzeń. On je ogląda, pasie oczy ich widokiem, czyta teksty, które — jak najlepszy makaron — dają się wciągnąć jednym ruchem, choć ich długość normalnie byłaby niewyobrażalna. W odniesieniu do makaronu, oczywiście, bo audiofil pomieści wszystko! Nawet jeśli to wszystko ma ostre narożniki i jest pod napięciem 230 V.
Cała nasza cywilizacja uznała, że skoro już ktoś kiedyś wymyślił koło, to wykonał robotę za nas wszystkich. I już nawet nie czekamy na proroka, który wymyśli lub wskaże nowy kierunek na miarę koła.
Felietoniści całego świata niczym nie różnią się od Powolniaka z serialu „Co ludzie powiedzą”, który to serial swego czasu kupiłem dla TVP, a moja redakcyjna koleżanka, z właściwym sobie wyjątkowym wyczuciem postaci oraz sytuacji — językowo opracowała. Wyłączając oczywiście moją, nie do końca skromną osobę. Ci felietoniści sięgają po zgrane przykłady, próbując — ależ to pic i pozoranctwo! — pobudzić nimi ludzi do twórczego działania. Ale bezskutecznie.
Tkwimy w kole powtarzania ciągle złych i głupich posunięć, bo tak robili poprzednicy i jakoś zawsze im się upiekło. Nikt nie chce sięgać po rozwiązania nowe, bo kto wie, czym się to skończyć może? Bo i w razie czego trzeba będzie ponieść konsekwencje.
Takiej postawie amputowano wariant, że może się udać, może się powieść, może zakończyć się sukcesem!
A jak się już komuś coś uda — awansujemy go, a jakże, należy się chłopu, dobry jest. Nieco ciszej dopowiadamy: mógł się nie wychylać, a skoro chciał, niech teraz… cierpi. My poleżymy…
Już nie pamiętam, czy to Art Buchwald, czy ktoś inny opowiadał, jak w jednym z amerykańskich uniwersytetów przeprowadzono znamienne doświadczenie.
Do długiej rury wrzucono piłeczkę pingpongową. Najtęższym umysłom polecono wyjęcie owej piłeczki przy wykorzystaniu kilku narzędzi, kompletnie do tego celu nieprzydatnych.
Kto wygrał? Dziecko. Jak i dlaczego? Nie sięgnęło po klucz francuski czy wkrętak. Dziecko nasiusiało do rury, a piłeczka sama wypłynęła!
Geniusz i eksperymentator z piaskownicy!
Oni widzieli problem techniczny. Ono zobaczyło rurę, pustkę i coś, co może ją wypełnić.
Najtrudniejsze sprawy trzeba czasem powierzać młodym: nieobarczonym wiedzą nasyconą schematami, wyluzowanym, bezczelnie spontanicznym.
To zadania dla umysłów elastycznych, wolnych od szablonowych i sprawdzonych nawyków.
Najbardziej boimy się tej prostoty tam, gdzie dorośli zbudowali najwięcej zasłon.
Wychowanie seksualne…
Podręczniki, słownictwo, oburzenie, protesty — rany Julek! Świat pryncypialnych wychowawców, którym jakże często wtórują rodzice. Oni tak szybko zapomnieli, jak fundamentalne — i jak niezależne od całej pedagogicznej wrzawy — znaczenie ma w tej materii… dziurka od klucza!
Jest etap dzidziusia w sałacie lub chuście trzymanej w dziobie przez bociana. I to jest jak najbardziej okej, ale zaraz potem przychodzi etap wzmiankowanej dziurki od klucza lub szpary w ścianie basenowej przebieralni albo łaźni na koloniach letnich.
Siedzą i patrzą młodzi, jak starsi się wyginają, jak konstruują uzasadnienia przypominające kształtem chińską siódemkę, by nie powiedzieć wprost, skąd się biorą dzieci… I myślą: po co oni to robią? My wiemy, jak się tu, na tym świecie, pojawiliśmy.
I koło się zamyka. Za 10–14 lat te małe cwaniaki wejdą w kamasze swoich rodziców i w odniesieniu do swoich dzieci postępować będą najprawdopodobniej tak samo, jak ich rodzice czynili to w stosunku do nich.
Jakiś czas temu odczułem to boleśnie na własnej skórze… Przestrzegałem, zaklinałem, groziłem, perswadowałem… W końcu sypać zacząłem przykładami z własnego życia.
W odpowiedzi usłyszałem:
– Dlaczego odmawiasz mi prawa do popełnienia takich samych błędów?
Zrozumiałem. To nieuniknione. Każdy musi się w błocie wytaplać. Nie dla nauki. Dla zasady. Z czystej głupoty. Tak po ludzku. Normalnie.
Ojciec prosił. Przekonywał, uzasadniał. Podpowiadał. Ja się uparłem. Żenię się! Ojciec głosem stanowczym, nietolerującym sprzeciwu, powiedział:
– Nie!
– Tak! – krzyknąłem, ruszając w stronę drzwi.
Ojciec stanął w nich.
– Więc wyjdę przez okno.
I przerzuciłem nogę przez balustradę balkonu, drugą oparłem o ojcową konstrukcję podtrzymującą winogronowe pnącza i już miałem puścić rękę trzymającą się bariery, gdy poczułem mocny uścisk na przedramieniu. Ojciec jednym szarpnięciem wciągnął mnie, wrzucił wręcz na balkon i postąpił krok w bok, odsłaniając wyjście z pokoju.
Wyszedłem.
I dziś przeszedłbym cały świat, byle wrócić w tamto miejsce i postąpić tak, jak prosił Ojciec.
Nie dlatego, że czegokolwiek żałuję. Raczej dlatego, że ten sam cel osiągnąłbym pewnie mniejszym wysiłkiem i z lepszym rezultatem.
Każde doświadczenie przede wszystkim boli. Jeśli nie od razu — to dopiero wtedy, gdy przychodzi ostatnie.
Dłubanie w pokładach rdzy pamięci
– Życie jest jak dobra partia szachów. Tyle że z większą liczbą figur i bez żadnych reguł.
Chcesz wiedzieć, kto to powiedział?
Ty sam.
Tylko wtedy jeszcze sobie wierzyłeś.
Płot
Płot. Ludzie mówili, że stał tu zawsze. Dopiero później pobudowano te domy po obu jego stronach. Ona urodziła się bezgłośnie, w chwilę po tym, jak za ścianą, w izbie rozświetlanej ledwo tlącym się kawałkiem drewna urodził się on. W krzyku i złorzeczeniu, w bluźnierstwie i błaganiu o ulgę… Po południu, gdy słońce obeszło oba domostwa
Kowal
Kowal Nasłuchiwały. Krótko przed dziesiątą rano dobiegał przytłumiony, jakby spod ziemi, pisk zawiasu domykanej bramy do kuźni. Dzisiaj kolej najmłodszej. Pochylona, z rękoma po łokcie okrytymi pianą, wcisnęła w dno miski niedzielną bluzkę z taką siłą, że rozerwała koronkę kołnierzyka. Przez chwilę stała w bezruchu. Powoli w kamień się zamieniała. Rąk nawet nie opłukała. Nie
Dekolt w karo
Dekolt w karo. Stanął pewnie na chodniku, zwrócił się w lewą stronę i poszedł przed siebie. Jak co dzień. Czuł na twarzy każdy podmuch wiatru. A ten – popisywał się jak tylko umiał! Musnął właśnie rozgrzaną wiosennym słońcem fasadę budynku i prychnął mu w twarz, od lat obojętną na takie zaczepki. Po chwili –
Kaziu
Kaziu. – My chcemy Boga, Panno święta… Ksiądz z ministrantami przyklęknął przed Najświętszym Sakramentem i postąpił w stronę zakrystii. Lud śpiewał, pokrzepiony słowem i sakramentem. Dzieciaki, jak wysychające krople, przedzierały się między nogami rozmodlonych ludzi i wybiegały przed kościół, chowając się tam za potężne, kilkusetletnie pnie lip, kwitnących od paru dni. Czekali. Kaziu wyszedł
…scy.
…scy. Komin domku był niżej od chodnika, po którym wiecznie zamyśleni ludzie biegli do piekarni, na pocztę, do szewca Gruzina lub sklepu mięsnego. Dzieciaki często przystawały przy płocie i patrzyły na dach domu, który bezszelestnie się … zapadał. Nazywali się jakoś na …scy. Albo podobnie. Chyba mieli dwie córki i syna. Żadne z nich nigdy
Dwie cegły
Dwie cegły Trąd. Trędowaci… Odtrąceni, osamotnieni. Inni. Nie tacy jak my. Groźni. Wrodzy. Ksiądz na religii opowiadał o dziurach w ciele, o odpadających wargach, poranionych do kości ramionach. – Kara Boża… – grzmiał półgłosem. Wrzód. Skąd się bierze? Czy boli? Można go dostać od patrzenia? Można! A strup? Ciemno bursztynowa, taka trochę lakowa powłoka
Jałowcowa
Jałowcowa Był ważniejszy niż proboszcz. Ale nie grubszy. Tamten pachniał, i ten też. Ale wódką. Obaj chodzi ubrani na czarno. Proboszcz, wiadomo, a fartuch rzeźnika choć biały, był prawie cały czarny. Tamten odmawiał zdrowaśki, ten też bez przerwy mamrotał coś pod nosem. Tamten dawał chleb, którym najeść się mogła niewybredna dusza, ten – ciału
Serce świata – gdzie jest?
Serce świata – gdzie jest? Notatka pierwsza: Ile jest światów? Trzy. Przynajmniej w sobotę lub niedzielę. Zazwyczaj kilka minut po dziewiątej. Światy: poszukiwane, postrzegane i wyobrażane. Światy poszukiwane I. Przed chwilą Leonek dał mi koncert… Niedzielny, więc trochę dłuższy od przypadkowego, śród tygodniowego, kiedy męczy go jakiś splinik i najlepszą nań metodą jest pochwała, akceptacja,
Prawdopodobieństwo nieprawdopodobne?
(styczeń 2019 roku, Międzyzdroje) Przez wiatr i krople deszczu usłyszałem… płacz? Zdjąłem kaptur, zwolniłem kroku… Podszedłem bliżej. Może skradałem się? Stał ledwie kilka metrów ode mnie. Lekko oparty o balustradę. Wpatrzony w morze. Gdy mnie dostrzegł – wyprostował się, wysunął nieco do przodu. Żywej duszy przed i ani jednej za nami. Skłonił się. Z









