Zamiast kota…

ZAMIAST KOTA…

Na taras mojego domu prowadzą dwie drogi.

Obie – proste, jak z bicza strzelił.

Pierwsza, przez drzwi wejściowe – i dalej, naokoło świata.

Druga w kierunku dokładnie przeciwnym. Pozornie krótsza.

Polski audiofil zawsze wybierze ten pierwszy wariant.

Telefon.
Miło.
Oho, acha, ehe..
Mam odtwarzacz A, wzmacniacz B i kolumny C. Czy kable D będą dobre do tego zestawu. **Co mi Pan może o tych kablach powiedzieć?**

Krew spływa mi z twarzy, ręce grabieją, oddech słabnie. No, pytanie proste: **co mogę powiedzieć?**

Cisza w słuchawce staje się nieznośna.

Cóż to za umysłowość, która podchodzi do telefonu, ujmuje słuchawkę, wykręca uprzednio zdobyty numer, wybiera go, czeka na zgłoszenie i zadaje sakramentalne pytanie: **co mi Pan może… **

Odpowiedź rodem z klasyki polskiego kabaretu – odpada. Dzwonią w końcu pieniążki. A to o nie przecież tu tylko i wyłącznie idzie. Ja chcę jak najwięcej, on gotów dać jak najmniej. Oto odwieczny mechanizm.


Miałem kota. Nienawidziliśmy się jak dwa psy. Ale żyć bez siebie nie mogliśmy. Ja zawsze chciałem usiąść tam, gdzie on leżał, on wyczuwał, że idę do klawiatury i zwinie wyprzedziwszy mnie na schodach – układał się na niej, niczym bezkresna autostrada w Wielkim Kanionie.
Wrzucałem go za siebie, między wyrodniejący kręgosłup lędźwiowy, a oparcie fotela. Kot podobno wyciąga z człowieka reumatyzm. Mój nie wyciągał. Przeciwnie – wbijał pazury w obolałe boki. Im bardziej się opierałem, tym on mocniej wbijał.

Taki żywot wiedliśmy przez 11-12 lat?

Dlaczego o nim mówię? Bo dopiero po jakimś czasie zauważyłem, że on zawsze wychodził z pokoju, gdy zaczynałem wieść telefoniczne, pseudo uczone spory o konfiguracji i zaletach oraz wadach systemów audiofilskich. Głównie o sonicznych skutkach całkowicie przypadkowo zestawianych urządzeń, których nie projektowano z myślą o ich współpracy. Dlaczego wychodził? **

To, że każdy element toru powinien idealnie pasować do drugiego – możliwe jest niemal w 100% w sprzęcie profesjonalnym. W audiofilskim – wręcz odwrotnie.

– Wie Pan co – rzuciłem w słuchawkę nieco znużonym, sorry, głosem – a który to już kabel będzie Pan poddawał testom w w/w zestawie? A, rozumiem – dwunasty? I żaden nie pasował? A czym się różnił szósty od drugiego, a ten od dziewiątego lub choćby piątego, że nie zapytam o jedenasty, bo do pierwszego to już nie ma co wracać?

Cisza.

– Jak Pan chce pojechać do Pacanowa – kiepsko ratowałem sytuację – prosi Pan w kasie o bilet do Pacanowa. A jak Pan wymienia kable, to do czego Pan zmierza? Jaki efekt chce Pan uzyskać? Który akustyczny koncert zapamiętał Pan najmocniej i dlaczego?

I tu zawsze, powtarzam – zawsze pada jedna odpowiedź – że nie ma sensu chodzić na koncerty skoro ma się taki sprzęt! Zasada inżyniera Mamonia wiecznie żywa.

Sugestię, żeby do testów użyć jakiejś gęsto nagranej klasyki – już dawno wykluczyłem z katalogu wątków takich rozmów. Komentarzy na taką sugestię nie przystoi tu cytować. Podkreślić jednak należy tę wściekłą wprost determinację, że do testów używać będę tę i tylko tę jedną płytę. Bo mi się ona podoba.

**Odświeżyłem ostatnio piękną opowieść o wyprawach skandynawskich książąt chrześcijańskich, którzy ruszali przez Bałtyk (w tym przez Szczecin) do Jerozolimy, na wyprawy krzyżowe. Poświęcenie i wyrzeczenia, jakie były udziałem tych ludzi – trudno dziś pojąć. Czegóż to oni nie robili! Co osiągnęli przez dwieście lat zwalczania niewiernych?

Myślę, że wielu polskich audiofilii to w prostej linii potomkowie tamtych dzielnych ludzi. Jerozolimę zamienili na pokój odsłuchowy, a niewiernych (for example – me) potrafią w nim, oj potrafią grillować ze smakiem. Po co?
W służbie idei – sięgamy gwiazd, w jej obronie gotowiśmy oddać życie. Przede wszystkim – innych. **

Cenię Pana Lindemanna. Za wiele rzeczy. Ostatnio – za serię Limetree.

Przeanalizujmy.

Konstruktor niezwykle cenionych urządzeń, wspaniałych odtwarzaczy SACD, prekursor upsamplingu, budowniczy wzmacniacza umieszczonego na liście 25 najlepszych w XX wieku, a przynajmniej jego drugiej połowie.
Kilka lat temu stworzył serię musicbooków. Najlepiej brzmiących urządzeń na świecie.

Ale na początku niektórzy poczuli się obrażeni. Tak, pan Lindeman obraził wysublimowany, wymagający i pożądliwy wprost pogląd audiofili na temat… wyglądu urządzeń hi-fi. Zamiast ociekających audiofilskim seksem gałek, wyobleń, kantów i rantów, suwaków i pokręteł, klawiszy, przycisków i guzików niebieskich led i innych depurelek – położył na stole coś jakby cegłę. Aluminiową. Z jednym guzikiem i kawałkiem wystającego kółka.

Co z tym zrobić? Gdzie to postawić, na co patrzeć?

Przecież to sromota i zwykły wstyd, że na czymś tak wyglądającym – słuchamy muzyki!

Szok. Także komercyjny. Na niewiele zdały się wyróżnienia i nagrody specjalistów od wzornictwa przemysłowego.

Aż któregoś dnia wydarzył się cud. Ktoś zapytał: a słyszeliście, jak to gra?

Kiedy kilka miesięcy temu zobaczyłem pierwsze zdjęcia nowej serii Limetree – stało się jasne, że Norbert Lindemann poszedł „na całość” – to moje przypuszczenie – oferując najbardziej wyrafinowanym (ich zdaniem) audiofili pudełeczka niewiele większe od paczki cygaretek. Gorzej – pudełeczka o funkcjonalności przypominającej pług wieloskibowy z lemieszami odwróconymi w stronę przeciwną do kierunku orki.

– No, orajcie, chłopaki, śmiało, wio!

Limetree to (tylko przypuszczam) dla wielu audiofili – plaskaty policzek, by nie powiedzieć z mandżurskim akcentem: chlast plask w pysk.

– To ja mam audiofilski stolik, na którym Arkę Przymierza trzeba byłoby postawić, by wartości się wyrównały, a nie takie, takie….

No waśnie – jakie!

Kiedym zajrzał pod maskę tego lindemanowskiego moskita – stwierdziłem, że zawartości pudełka – nie obronię.

Ile komponentów i podzespołów ma rasowy audiofilski klocek? X-dziesiąt tysięcy? Limetree ma… kilkanaście. Sztuk. Wszystkie, na dobrą sprawę, dałoby się właściwie zamknąć w pudełku cztery razy mniejszym, gdyby nie problem gniazd wejściowych i wyjściowych.

Pan Lindemann, jak niegdyś Jim Rogers – wykonał salto mortale w świecie audiofilskim, od lat postawionym na głowie – by stanąć w tymże świecie – na nogach.

Postawił pytanie: co zrobić, żeby zbudować najlepszy przedwzmacniacz gramofonowy na świecie, przyjmując, że musi ta konstrukcja spełniać takie to, a takie wymagania?

Ok. Potrzebny będzie pstryczek, kamyk i guziczek, gniazda, jakaś lampka, transformator, nitka, szpulka, kilka kości i z tyłu antenka wi-fi.
Do tego jakieś pudełko.
Jak powiedział, tak zrobił.

Nazwał Limetre Phono. Na następnym pudełku wypisał Limetree Headphone, na kolejnym Network. Potem Bridge.

Za schemat ideowy posłużył mu ten pomysł, jak dojść na taras domu, nie wychodząc zeń drzwiami wejściowymi.

Jak włączyłem i oczyma wyobraźni wejrzałem raz jeszcze we wnętrze pudełka, zdawało się, że widzę, jak sygnał z gramofonu wpada do tego przedwzmacniacza i, najkrócej jak można – wychodzi z pudełka lecąc wprost do wzmacniacza.

Wszedł mały i wyszedł duży. Nie przeciskał się, nie odmieniał, nie puchł, nie miał ścinanego czubka amplitudy. Powtórzę: wszedł mały – wyszedł duży. I nic więcej. I tylko, i aż tyle.

Oto idea spełniona.

Nie inaczej jest w Network i Bridge. Tyle, że tutaj dochodzi sterowanie za pomocą aplikacji na telefon, ipad czy laptop. No i potrzebna jest sieć internetowa. Może być tylko wi-fi.

**Odziedziczyłem po Ojcu pewien nawyk. On konstruował radia i słuchał ich. Koncentrował się na zakresie fal krótkich. A więc – zasięg globalny. Radio zawsze grało całą noc. Słuchał, co mówią. Znajomość języków ułatwiała Mu tę eteryczną wędrówkę po świecie, którego zawsze bardzo był ciekawy. Niewiele go w sumie widział.

Mnie ten świat udało się zobaczyć z wielu stron, a wtedy słuchanie radia stało się oczywistością. Słuchałem słów z miejsc, w których byłem. Dziś kręcę gałką patrząc na wskaźnik przesuwający się na skali z nazwami miast i nadajników. Miasta się rozbudowały, tętnią życiem, ale… już nie nadają. One emitują. Na innych falach, z innych nadajników, ale czy docierają do obecnych słuchaczy wywołując w nich to, co niegdysiejsza radiofonia?

Tak. Dziś na falach krótkich już prawie cisza. Ale nic mnie tak sentymentalnie nie nastraja jak moment, gdy dostrajam się do jakiejś stacji z chińskiego stepu nadającej lekcję języka niemieckiego dla ludzi mówiących w języku mandżurskim. Albo gdy poddaję się hipnotyzującej melodii wyśpiewywanej przez arabską wokalistkę, której głos ucieka, wraca, faluje, w atmosferze trzasków i szumów.

Uwielbiam.

Ale to już pojedyncze miejsca. Kiedyś – było tak gęsto, że jedna fala nakładała się na drugą. Boże, jakie to było cudowne wrażenie! Pierwszy cios temu światu radia wszechobecnego zadały fale UKF…**

Limetree – cała seria, a są już ich na rynku cztery elementy – kojarzy mi się przede wszystkim z tą intymną stroną słuchania dźwięków. Tak, odgłosów świata. Jakże wyrazistych, wyselekcjonowanych, czystych i niczym nie zakłócanych. Poprzez te sygnały wywołujemy w naszej wyobraźni i świadomości (lub odwrotnie) komponenty dobrego samopoczucia. Bo słuchanie muzyki, jeśli nie zmienia chemii naszego myślenia, nie stabilizuje rezonansu obudowy naszej duszy – jest stratą czasu.

I cała sztuka polega na tym, by składniki owej chemicznej reakcji były najwyższego sortu, by reakcja przebiegała w sposób niezakłócony, by odcinała cumy wiążące nasze jestestwo z całym światem pozwalając na żeglugę przez bezkres dźwięków.
Jestestwo – słowo trudniej definiowalne niż pojęcie inteligencji.
Bo odnoszące się niemal wyłącznie do sfery ducha.

Każde urządzenie Limetree zaskoczy Państwa profesjonalizmem w każdym aspekcie.

Obok podaję dane techniczne. Lecz ponad owe informacje przedkładam świadectwo niecodziennych wprost walorów brzmieniowych tych urządzeń.

Logistyka operowania i sterowania nimi – wprost intuicyjna, a zarazem ograniczona do niezbędnego minimum. W myśl zasady: to nie urządzenie, ale efekt jego zastosowania jest naszym celem, jakże niecierpliwie oczekiwanym.

**Trochę tak, jak (było) z moim kotem. Wychodził nie mówiąc dokąd i na jak długo. Zazwyczaj to drugie. Po kim on to miał?

Zwykły kot. Przybłęda. Przygnała go nawałnica. Ledwo się opierzył, a tu szalona letnia burza zlała go deszczem i strzaskała grzmotami. Darł mordę napierając na tarasowe drzwi. Wpuściłem, co miałem zrobić? Pognał w najdalszy kąt i kiedym go odnalazł, już nawet się nie wylizywał tylko burczał śpiąc zamaszyście i głęboko.

I co, będziesz budził taką kilkumiesięczną, mokrą bestię? Przykryłem czymś i… przysiadłem w fotelu, obserwując gada.

Obudził się, wstał, przeciągnął i ruszył w dom. Przeszedł obok nie wykazując żadnego zainteresowania moją osobą, ba, ochlapując mnie kroplami lekceważenia przy każdym tupnięciu łapą o podłogę, jakby cała była kałużą pełną ignorancji i obojętności.

Wiec kiedy wychodził i po kilku dniach wracał – o nic go nie pytałem, usłużnie uchylałem drzwi (tarasowe, bo on innych nie uznawał) i niemal salutując pozwałem (sic!) mu pójść tam, gdzie chciał, żeby mógł zrobić to co lubił, przywracając tym samym spokój duchowi. Mojemu duchowi.

Pełny spokój…

Dziś siadam w fotelu, jego fotelu, włączam Limetree i spokój wraca…

Pełny spokój…

Jak wtedy…**

Add Comment