Siódmy kamień

— Tak żałuję… Tak żałuję, że nie zapytałam o wszystko…

Słowa wypowiedziane pod wiatr poleciały z łoskotem także mojego grzechu. Niewiele jest zdań jak właśnie to, które i ja od kilku lat powtarzam z coraz większą intensywnością. Nawet niecierpliwością. Gdy wybrzmi ich echo — potrzebuję kilku minut, aby aura się ustabilizowała.

Hm… Nigdy wcześniej na ten szczegół nie zwróciłem uwagi. Aura. Jest coś takiego. Otworzysz okno, potem drugie, przeciąg zawiruje powietrzem, poderwie firanę, ostatnio przewrócił doniczkę z rośliną, która — co za impertynencja — rośnie jak szalona. Nie przesadzam jej od dwóch lat, bo nie chcę, by była większa. A ona swoje. Ona wie lepiej. Popsuła mi… aurę.

Aura. Czy to jest spokój? A czym jest spokój? Nic takiego jak spokój nie istnieje. To konstrukt nie z tego, nie z naszego świata. Może tylko przez chwilę wydaje się nam, że wszystko wróciło na miejsce. Że żadna rzecz nie domaga się odpowiedzi. Że żadna twarz, żaden list, żadna paczka, żaden kamień nie zażąda od nas wyjaśnień.

Chyba w którejś z powieści Juliusza Verne’a jest dramatyczny opis opadającego balonu, którego powłoka jest dziurawa. Wyrzucane są z kosza wszystkie zbędne przedmioty, ale balon nadal spada. Aby go uratować, należałoby odciąć kosz?

— Tak żałuję, że nie zapytałam o tyle rzeczy…

Oboje patrzymy, jak najmłodszy, Gucio, za chwilę pierwszy raz wejdzie do wody. Rączki uniesione w górę, drży, on sam cały jest w stanie jakiejś wibracji. Jak pigmejski czarownik w tanecznym transie. Piszczy, jest oszołomiony, a jego ojciec jak przyczajony tygrys chce w porę uchwycić malucha, by nie pacnął w wodę.

Macham ręką. Wiatr zbyt silny, by wołać. Kiwam głową. Zostaw. Pozwól chwili, niech się sama wyreżyseruje. Może doznanie będzie tak silne, że zapisze się w pamięci malucha? I kiedy wnuk Gustawa, stając w tym samym miejscu, zapyta go: a pamiętasz, dziadku, kiedy pierwszy raz zobaczyłeś morze?

Ja pamiętam wiele nadmorskich sytuacji. Wszystkie miłe. Zawsze obok była Matka, był Ojciec. Widzę nas na zdjęciach. Sięgam i teraz po aparat. Klick, klick…

— A o co i kogo chciałabyś pytać?

O swoim dziadku, o obu zresztą, nie wie prawie nic. Opowiadam. Ale pytania się nie układają w fabułę. Skaczemy po tematach. Kilka razy sam czuję się bezradny — nie wiem, nie znam odpowiedzi na coraz więcej pytań. Plączę tę naszą rozmowę. Na szczęście sam zaczynam mówić wszystko, co wiem, co zapamiętałem. Z przerażeniem widzę, że jest tego tyle, ile… Gucia w morzu. Zauważam, że chwilami jakby się tłumaczę, że… a mogłem zapytać.

Urwałem ten felietonowy cykl północnych poranników, zanim się na dobre zaczął. Życiowy tajfun znów zmiótł mi mój świat w zamorza. Musiałem rzucić wszystko, by ruszyć tam w jego poszukiwaniu. Pół roku bezskutecznej włóczęgi po niebie i piekle. A tu niespodziewanie Gustaw pokazał mi drogę.

— Przecież ja mam wiaderka i łopatki. Chodź, pomożesz mi je przynieść.

Pobiegliśmy do domu. Otwieramy wielkie drzwi zaklęciem — bum! otwórzcie się i… Drzwi ustąpiły z okrzykiem, który ugrzązł mi w gardle. Bo… Znalazłem mój świat! Zniecierpliwiony Gucio „awanturował się”, szarpiąc dmuchanego delfina czy może kaczkę. Próbował wymanewrować wielką wywrotkę… A ja? Zaniosłem mój świat w miejsce, w którym się zgubił. Nie musiałem nic więcej robić. On natychmiast ruszył bezgłośnie nowym życiem.

Nie pytajcie, co to było. Są tajemnice tak prywatne, że samo wspomnienie o nich byłoby zdradą. Wystarczy, że jeden tylko czytelnik tych słów usłyszy w nocy pukanie w szybę.

Wróciliśmy nad morze. Wiatr jakby zelżał, albo ja, odrodzony znaleziskiem, nie zwracałem na niego uwagi. Gustaw z piskiem, już oswojony, nie wiem, bardziej chciał w tę wodę wskoczyć czy nad nią wzlecieć.

Obaj nie widzieli, co dzieje się ze mną. Ani oni, ani wiatr. Nigdy się nie dowiedzą. Chyba że chwilę tę opiszę… Ale — po co? Przecież nikt nigdy o nią nie zapyta.

Wieczorem odjechali. Gustaw i Mikołaj usnęli zaraz za zakrętem. Wcale im się nie dziwię. Zamiast patrzeć na obojętny im świat za oknami auta, śnili, że przełamują fale, prą do przodu, w morze, przeciw żywiołowi.

Otworzyłem szufladę. Wyjąłem kartkę. Miałbym opisać ten dzień? Wspomnienie włożyć między inne? Na wypadek, gdyby kiedyś, w odniesieniu do mojej osoby, córka nie musiała żałować.

— …że nie zapytałam o wszystko…

Przerzucam setki notatek. Wiele tekstów odhaczonych, a więc gotowych do publikacji. Tylko… po co? Nie słyszę znikąd pytania: zapytałabym o tyle rzeczy…

Do listów zawsze miałem chyba nabożny wręcz stosunek. Wina Ojca. Niczego tak często w życiu ze swoich pamiątek nie oglądał, jak tych kilku rozpadających się listów. Znał je na pamięć. Nie musiał sięgać po kartki. Ale dziś podejrzewam, że to właśnie o ten dotyk tu idzie. To jakby „przejście” stąd do tamtąd.

Listów nigdy nie wyrzucałem. Wiele pisałem przez kalkę. To rutyna, której nauczyłem się przed laty. Mam też wersje robocze, takie „do przepisania na czysto”. Mam setki, jeśli nie tysiące listów „morskich”, jak je nazywam. Głównie uczniów pierwszych roczników Szkoły Morskiej w Tczewie. Zbierałem je przez lata. Wtedy nie istniały jeszcze kopiarki. Przepisywałem je na maszynie. Przez kalkę…

W tych listach są setki odpowiedzi. Ale nikt już nigdy ich nie wywoła.

— Tak żałuję, że nie zapytałam o wszystko… — nikt nie wypowie tej magicznej formuły?

Chciałem te wszystkie listy skatalogować. Setki czekają na pierwsze przeczytanie. Leżą w oryginale. Nie zostały przepisane. Miałbym tę pracę dokończyć? A jeśli tak, to co z tą wiedzą zrobię?

O, pierwsza koperta… Kapitan Stecki… Ach, cóż za postać! Między innymi kupował „Dar Pomorza” dla Polski. A tu obok — od Ernsta Schliemanna — oprawiona w staromodną ramkę fotografia, której nigdy nigdzie nie spotkałem, dokumentująca wodowanie kadłuba przyszłego „Daru Pomorza”… Specjaliści z muzeum morskiego w Bremerhaven byli zaskoczeni, gdy poprosiłem o uwiarygodnienie opowieści, jaką na temat tej uroczystości przekazał mi ten wnuk odkrywcy Troi. Bo zdjęcie pochodzi z jego kolekcji. A w muzeum takiego ujęcia nie mają.

Mam następne. Anglicy, widząc wysłane im kopie, byli oczarowani. Mają te jednostki w rejestrach, ale pierwszy raz zobaczyli fotografie jachtów pana Schliemanna.

Powtórzę: mam tyle odpowiedzi… ale nie widzę pytających o nie.

Tak, przeciągam ten felieton. Bo uciekam od ostatniego zdania. Ale muszę je zadać. Choć jest trudne, ale przecież oczywiste. A co mam zrobić z moimi listami. Z listami do mnie.

— Mam nasze listy — powiedziałem z nieukrywaną radością, ale trochę z przestrachem, karcąc siebie, że spotykając współautorkę opisanych intymności, zachowałem się tak spontanicznie, zamiast z dystansem, a nawet rezerwą. To listy sprzed ponad pół wieku!

— A ja wszystko… zapomniałam.

Oczywiście. Jasne. Nie inaczej. To takie proste. Wystarczyło chrząknąć, by „wysiąść” z rozpędzonej trąby czasu, która porywa wszystko, a w środku gwarantuje rajski spokój.

Znalazłem się przed chwilą w środku tego wiru przeciwności. Znaleziony świat, na nowiutkim wieszaku, odprasowany, jak kompas w labiryncie, powędrował do kartonu. Nazajutrz nadałem go pocztą kurierską z opisem: niech wraca tam, gdzie jego miejsce. Bo tylko tak, jako brakujący element tego rozedrganego świata, przywróci mu spokój.

Już miałem zamknąć komputer. Gasiłem aplikacje. Gdy nagle wyskoczyła ta, z której drukowałem naklejkę adresową.

— Przesyłka nie została odebrana.

A przecież nie była to zwykła przesyłka. Nie dla mnie. Był to cały mój znaleziony świat, zapakowany niezdarnie w karton i powierzony systemowi śledzenia paczek, jakby istniała jakaś elektroniczna mapa powrotu do utraconego czasu.

Zamarłem. Jak to? Przecież świat… przecież znalazłem… Przecież to był znak.

Nie zmrużyłem oka. Czekałem na wschód słońca. Jeśli nie nastąpi — to będzie oznaczało, że nie żyję. Że wszystko, co obwarowała ta nieprzespana noc, było tylko jakimś majakiem. I Gustaw, i kaczka dmuchana też?

Słońce wstało nie bacząc na moje rozterki. Wolno, konsekwentnie podążało swoją drogą. Jemu nie w głowie takie słabości jak moje.

Urywam więc pisanie. Bo po co? Nikt o tę tajemnicę mnie nigdy nie zapyta. Więc po co ją zapisywać? Jak ktokolwiek mógłby wpaść na jej ślad? Ludzie! Dlaczego nie ma tu żadnego Atlasa! Niechby jeden z drugim walnął tym światem o bruk i uciął te bezsenne projekcje.

Zapomnieć. Zapomnieć!!!

Niestety! Nie da się zapomnieć.

Włączam radio, by rozproszyć myśli. Leci audycja o… siedmiu demonach piekła.

W nocy wszystko się rozsuwa. Ściany tracą pewność siebie, radio mówi o demonach, za oknem brzask udaje normalność, a ja mam wrażenie, że realny świat jest tylko cienką nakładką na ogromne, ciemne przestrzenie, do których każdy z nas ma osobne wejście.

Brzask. Podnoszę wieko laptopa. Czytam.

Nothing should be alive
The atoms in your body
Are the same atoms found in rock

Czy dobrze rozumiem?

Nic nie powinno być żywe.
Nic nie powinno żyć?
Atomy w twoim ciele…
To te same atomy, które są w kamieniu.

Szokujące? A moje dwa ulubione słowa to: siódemka i kamień. Jest też trzecie, trochę bałamutne i złośliwe, ale z sympatią: „ćcianka”.

Wysyłam to szokujące stwierdzenie o tym, że jesteśmy z kamienia, do Ola.

— Jesteś kamieniem. Na parapecie ciągle leżą zebrane przez ciebie kamyki dla mamy i babci. Czyli to może są kawałki ciebie? Nie brakuje ci czegoś? Na przykład palca?

Już sobie wyobrażam minę starszego z wnuków, gdy rano odczyta ode mnie te dwa zdania. Ale czy zapamięta to swoje wrażenie zdziwienia? Czy kiedykolwiek, gdy ktokolwiek zapyta go: a co najbardziej cię zaskoczyło w dzieciństwie — no, on już o sobie mówi: młodzież nastoletnia, 11 — odpowie: sms od dziadka, że on i ja jesteśmy z kamienia.

Kiedyś obaj nosiliśmy t-shirty z takim samym napisem — jeśli pamiętam: mój dziadek ciągle żartuje.

Jesteśmy więc z kamienia. To dobrze czy źle? Czy ma to jakiekolwiek znaczenie?

Sprawdziłem. To prawda. Nie jesteśmy zrobieni z jakiejś osobnej, „żywej” materii. Jesteśmy z tej samej materii co kamienie, morza i gwiazdy — tylko na chwilę ułożonej w człowieka.

I tu kolejne… potknięcie: na chwilę ułożonej w człowieka.

A na inną chwilę?

To my. A nasze wspomnienia? Czy one też są z kamiennych atomów? Albo poprawniej: atomów kamienia?

Bo są przecież dwa kamienie. Jeden leży na drodze. O ten się potykamy. Drugi leży w pamięci. W ten się wpada. Bez hałasu, bez świadków, bez śladu na kolanie. Można iść ulicą, odpowiadać na pytania, kupować chleb, odbierać telefon, a równocześnie spadać w przepaść, której nikt obok nie dostrzeże.

Czy te dwa kamienie są z tej samej materii? Ten z parapetu, który przyniósł Olo, i ten, który nagle odzywa się w środku nocy, gdy jedno zdanie, jedna paczka, jedna nieodebrana przesyłka otwierają całe zamorza?

— Tak żałuję, że nie zapytałam o wszystko…

Ale kto miałby zapytać o kamień, którego nie widać?

Jeśli tak, to czy z tych wszystkich zebranych przeze mnie listów dałoby się kiedyś odtworzyć ich autorów, którzy… są ciągle żywymi kamieniami, kiedyś ułożonymi w człowieka, a teraz zamienieni w jakąś mgłę pamięci drgają w mojej imaginacji?

Przyznaję. Trochę tendencyjnie prowadzę wątek tego felietonu. Bo pomysł był prosty, miał zakończyć się pytaniem: czy mam te wszystkie listy wyrzucić, spalić, usunąć z pola niepostulowanej chęci ich zachowania? Kto je będzie czytał. W jakim celu. Co mu da opis tej czy tamtej chwili? Nikt się nie dowie, co znalazłem w miejscu, gdzie była ta dmuchana kaczka. Dla mnie — wrota do przyszłości. Choć widzę tylko przepaść. Droga jeszcze się nie pojawiła.

Więc otwieram nieretoryczne pytania o ową mgłę moich wspomnień. Wszystkich wspomnień świata. Mają przetrwać? Bo być może kiedyś ktoś mnie, nas wszystkich, wywoła i „zapyta o wszystko”? Wtedy ten zwrot z fantastyki: powrót do przeszłości — nabierze pełnej realności?

Papier, kamień i człowiek nie są zrobieni z trzech różnych „substancji świata”. Są zrobieni z atomów tej samej przyrody, tylko ułożonych w różne porządki.

Papier to materia, która przez chwilę była drzewem, potem stała się kartką. Kamień to materia, która trwała w skale, może przez miliony lat. Człowiek to materia, która oddycha, pamięta, pisze na papierze i potyka się o kamień.

Czy ta nieodebrana paczka będzie moim ostatnim kamieniem?

Add Comment