Notatka druga: (także niekoniecznie na temat) do słuchowiska „Przesłuchanie” Ryszarda Słowickiego.
(Zamiast wstępu)
Często przychodziłem do redakcji, tej mojej pierwszej, radiowej, wcześnie rano. Nie tylko ja…
– No, i co się tak patrzysz? Wiersz jakiś piszesz? Tytułu ci brak?
Jurek Szafulski nie czekał na odpowiedź. Do swojego pokoju redakcyjnego musiał przechodzić przez mój. Otwierając drzwi, wyzwalał we mnie naturalny odruch – spoglądałem, kto wchodzi. On także musiał spojrzeć w moją stronę. Siedziałem dokładnie na linii strzału jego zmęczonych, poetycko przeszklonych i trochę zachodzących oczu. Niedostrzegających, że już ranek.
– Pisz, pisz. Tytuł sam się przyszwęda.
I już go nie było. Znikał za drzwiami swojej redakcji.
Tytuł
Unikaliśmy go jak ognia. Pisaliśmy teksty, montowaliśmy rozmowy, dodawaliśmy muzykę, pilnowaliśmy czasu odcinka przydzielonego nam w ramówce. Z tym jakoś dawaliśmy sobie radę. W reżyserce, gdy na magnetofonie taśma cofała się do początku, autor zaczynał wypełniać dokumentację audycji. Pierwsza rubryka – tytuł.
Rysiu Sobota czy kierownik Janiurek z koordynacji witali wchodzących autorów prostym pytaniem:
– No, co tam masz? Jaki tytuł?
Cholerny tytuł…
Byli koledzy, którzy robili średnie audycje. Ale potrafili je doskonale zatytułować. Tezę zawierali w zgrabnej metaforze, równoważniku zdania lub z pozoru nic nie znaczącym, ale chwytliwym zwrocie, na miarę wańkowiczowskiego „cukier krzepi”.
Jasiu, „któremu nigdy nie daruję”, z lubością sięgał przed północą po puszkę mocnego dębowego i pozwalał, by napój swobodnie wlewał się w niego, wypychając resztki dymu po ostatnim głębokim machu. Wolno odstawiał puszkę. Wtedy głowa wracała do naturalnego położenia, a wydelikacona dłoń inżyniera dusz zaczynała odczuwać ulgę. Puszka mocnego piwa stała na tyle blisko, że mógł bez wysiłku znów po nią sięgnąć, by utopić w sobie wysłuchiwane przez ostatnie sześć, osiem godzin opowieści jego pacjentów. Topił ich w mocnym trunku z ekscytacją, wręcz czekał na wilgotny meszek na karku, który pojawiał się z chwilą, gdy alkohol nawilżał najpierw myśli a potem ciało. Jeszcze odruchowo tylko poprawiał co chwilę osuwające się na nos okulary.
Spokój…
Niósł więc Jasiu w sobie te cmentarzyska realnych i urojonych światów jego szanowanych wariatów (to moje określenie, nie Jasia). I tylko co chwilę wzdychał…
– Jak ty uwielbiasz użalać się nad sobą – powiedziałem.
– Chyba o sobie to mówisz! Takie małe a rebours? Niewiele się od nich różnisz. Widząc wielkie g.., które masz w sobie, opowiadasz mi jak tam u ciebie jest pięknie, jak wszystko gra, nic nie cuchnie, a ja widzę, jak gnój ci sam z uszu wypływa! Leczenie kłamców… Niezła mi się fucha trafiła.
Do kogo mówił te słowa? Wydusiłby je bez mojej prowokacji? Jestem przekonany, że mówić to, miał na myśli siebie, tylko, że myśli, przez nieuwagę, na głos się same wypowiedziały?
– No tak, psychiatra jest jedynym normalnym człowiekiem na świecie. Każdy inny to twój pacjent. Nigdy nie będziesz bezrobotny! Wiesz co? Zamiast ich z wariactwa wyprowadzać – ukwiecasz je, sankcjonujesz. A mówisz, że leczysz. Obłęd nakręca obłęd!
Spod kanapy wypełzł Wacek.
– Też chciałbyś się napić? – Jasiu z obrzydzeniem wziął w dwa palce kawałek sałaty i rzucił go żółwiowi. – Warzywa, cholera… Fuj! Sięgnął po skwierczący na ruszcie kawałek boczku. Do tego dijońska musztarda, ogórek z octu, obowiązkowo grzybki marynowane i nowa puszka dębowego. – Wyobraź sobie, że Wacek nigdy nie doświadczy tego, co dziś jest naszym udziałem. Ja bym się na jego miejscu już dawno zabił… Jak można żyć tak jak on? Normalnie?
Jasiu, ja za nim, niczym Sancho Pansa przechodziliśmy przez dębowe drzwi w puszce mocnego piwa do innego świata, kręcąc po drodze słowne piruety, zeskakując z utopijnych wizji świata w czarne dziury rzeczywistości, przecinaliśmy sięgające poza horyzont łąki wolnomularskich zagonów. Śmialiśmy się sztubacko, jakiego też tu Panu Bogu bałaganu narobiliśmy!
Właściwe żadna różnica. Tak jak w zestawieniu: przyciągnąłem – odepchnąłem. Każdy fizyk udowodni Panu, że zasada zachowana energii nie będzie w tej relacji złamana. Więc o co ten raban?
Ano o to, że pan oszukuję. Przesłuchanie nazywa pan spowiedzią. Odwrotnie? Dobrze, niech tak będzie. Ale i tak mówimy o przynajmniej szalbierstwie. O próbie wyłudzenia usprawiedliwienia dla lęków? Nie, bardziej, błędów. Ale dla poety błąd, to żadna kategoria. Dla poety błąd to conajmniej katastrofa lub kataklizm! Czyli epizod nie wart uwagi.
Ale pan jest bardziej subtelny, a nawet wyrachowany… Nie, w przypadku poety – nie ma tu mowy o pojęciach przeciwstawnych czy wzajemnie się wykluczających. Bo co jest celem przesłuchania? Wyjawienie prawdy – zgoda. A może złamanie danego słowa? Albo akt zdrady? Bo nie zdemaskowanie kłamstwa!
Zanim wysłuchałem pańskiego słuchowiska, ujrzałem i usłyszałem jego tytuł. Przesłuchanie. I – to słowo, niczym hasło rzucone w nieskończenie wielki bank loginów szuka pasujących do niego w moich skojarzeniach substytutów, kontekstów by po szczęśliwym połączeniu wytworzyć we mnie określoną chemię, stan psychiczny określający zakres mojej percepcji na to, co pod tym tytułem pan może lub – jak zakładam – zechce mi powiedzieć.
No i słucham.
Umie pan malować dźwiękiem. Chwilami – maestria. Tu zgrabny skrót, tam dość oryginalny początek, z płaczem dziecka, które budzi się w wyniku odgłosów chuci, za co jest oskarżone (!), że podsłuchuje! Jakby nie czytało „Nienasycenia”, nie płynęło transatlantykiem czy odcinało się od pra-kaliguli. A już na pewno nie jechało do mentalnych Pietuszek.
Przez kogo jest to bachorstwo (bo pan go nie lubi, mam rację?) oskarżone? No… No właśnie. Gdy akt huci gaśnie, a słabnące westchnienia i jęki ustępują miejsca zwykłym słowom, trudno jakoś panu w odpowiedzi na to pytanie użyć słowa: matka. Napisałem je tutaj małą literą. Czy taki był Pana zamiar? Miałem użyć małej litery?
Nie zliczę, ile razy w moim zawodowym życiu siadałem przed człowiekiem, wyjmowałem mikrofon i zaczynałem… przesłuchanie…
Czy wtedy zastanawiałem się, co ja w gruncie rzeczy robię? Albo też – co było moim celem prawdziwym w owym wyspowiadaniu (jednak) rozmówcy? Dziś dopiero rozważam, czy moje kolejne wówczas zadawane pytanie było wynikiem tezy, z jaką rozpoczynałem rozmowę, którą to tezę chciałem udowodnić, potwierdzić, czy może wszystkie te pytania były wynikiem pewnego procesu, jaki się we mnie toczył w wyniku otrzymywanych odpowiedzi? Pytałem, bo w wypowiedziach rozmówcy dostrzegałem ślad moich obsesji? Ciepło, ciepło… Zaczynałem drążyć i precyzować pytania by dowiedzieć się, jak mój rozmówca poradził sobie lub dalej jest uwikłany w jego/mój koszmar? Może to nie ja jego, tylko ja siebie samego poprzez odpowiedzi rozmówcy chciałem uchronić przed skutkami strachów?
Starczy…
Czy pan „chodzi” swoim ojcem, a może „mówi” pan swoją matką? Kiedy skręca pan w boczną uliczkę, czy widzi Pan w sobie swojego ojca, który w ten charakterystyczny sposób, z tym typowym tylko dla niego układem ramion i głowy przechodzi przez jezdnię? I pan tak idzie?
Nie chcę tu wchodzić w sprawy, na których się nie znam. Nie wiem, czy jest pan przykładem szczególnie rozumianego syndromu sztokholmskiego. Ja chyba byłem. Próbowałem w sobie zwalczać opresyjność innych wobec mnie. W sobie próbowałem wymierzyć sprawiedliwość moim oprawcom. Śmieje się pan… Jasne, że takie działanie jest bez sensu. Kilku z nich już nie żyje, inni zapewne w postępującej demencji utopili wyrządzone mnie i innym ludziom krzywdy… Ale we mnie – te sprawy ciągle żyją. We mnie nikt z oprawców nie umarł, żaden nie popadł w otępienie. Więc mam im w sobie odpuścić?
No i widzi pan, a miało być o tytule… który jest jak szata lub mundur. Fasada albo kamuflaż. Czy jest i powinien być prawdą? A jeśli już, to czyją prawdą?
CDN – nie wiem…
Tak. CDN.



Add Comment