03.01.2026
Pierwszą wersję tego wpisu utrwaliłem na dysku dziś o 4.20.
Trema? Ekscytacja? Co przeszkadza mi bez emocji dotrwać do samego południa.
Bo wtedy, w południe, punktualnie o 12.00, doktor Hans Bredow, „krajan” ze Słupska, stanął przed mikrofonem i – wobec zebranych, dostojnych gości – powiedział: inaugurujemy pracę stacji radiowej w Stettinie. Dokładnie sto lat temu tak przemawiał „ojciec niemieckiej radiofonii”, europejskiej a nie pomylę się zbytnio jeśli powiem – nowoczesnej, światowej radiofonii.
Dokładnie sto lat temu. Spiker radiowy nadajnika berlińskiego przekazał głos do Stettina, a tutejszy lektor wygłosił standardową formułę, jaką przyjęto stosować we wszystkich radiofoniach świata, by pozwolić słuchaczom na identyfikację nadawcy.
Pięćdziesiąt osiem lat temu poznałem to uczucie, które wypełnia człowieka, gdy ten mówi do radiosłuchaczy: „Minęła piąta dziesięć. Rozpoczynamy codzienną audycję trzech rozgłośni Wybrzeża: Szczecina, Koszalina i Gdańska. Po tych słowach rozlegał się sygnał „Studia Bałtyk”.
Jak mogłaby się nazywać audycja wybrzeżowa, jeśli nie tak właśnie? Pewne kwestie wypływały z nas (dołączyłem do ekipy chyba w rok po utworzeniu tego programu) wtedy automatycznie, niejako intuicyjnie i naturalnie. Bałtyk. To był element, a zarazem słowo-klucz. Spoiwo kulturowe tutejszej społeczności.
Ach, wzruszyłem się. A widzę i czuję wszystko tak, jakby to wydarzyło się przed chwilą.
————-
Od dawna pewne godziny wywlekają z mojej świadomości swoje „chropowate” znaczenia. Nie wiem, czy to cecha osobnicza, czy forma obsesji… Może to skutek zawodu, jakiego doznałem w dniu przyjęcia pierwszej komunii świętej – nie dostałem w prezencie zegarka. Prezent taki był dla moich rodziców wtedy za drogi. Na rower też musiałem czekać chyba z trzy lata.
Kiedy już po sam sobie kupiłem zegarek, nie mogłem nacieszyć się jego widokiem. Ciągle sprawdzałem, czy „chodzi”, zaglądałem, przecierałem szybkę. Wpatrywałem się w sekundnik. W okienko z cyfrą kalendarza. Magia!!! Uwielbiałem to „tykanie” zegarka.
Później zgromadziłem dużą kolekcję wiszących, stojących, kominkowych, biurowych, dworcowych, kawiarnianych. Z każdej podróży starałem się przywieźć zegar. Ich nakręcanie miało w sobie coś magicznego. Jak ten program w enerdowskiej telewizji, bodaj „Willi Schwabe’s Rumpelkammer”. Z motywem muzycznym z „Dziadka do orzechów”. Ti da tim, ti da da, ti da di di da ta dam…
Willi Schwabe prezentował fragmenty muzyczne – zazwyczaj przedwojennych niemieckich filmów. Niekiedy: brawurowe wręcz ekranizacje. Pamiętam… „Geschichten aus dem Wienerwald”? Ten z 1934 roku? Naprzeciw siebie jadą dyliżans pocztowy i lekki powóz z „zakochaną kobietą”. Ta wyjechała naprzeciw losowi, szczęśliwa, śpiewa, a odpowiada jej dźwiękami cała przyroda… Coachman, Kutscher czy stangret dmie w pocztową trąbkę… Pojazdy są coraz bliżej siebie. Emocje nadzwyczajne… Pocałują się? Ten, który wychyla się przez okno dyliżansu i ona, która śpiewa w takim zapamiętaniu?
A jak to jest – pocałować kobietę… Odwracam się, lekko spoglądam w bok. Twarze Ojca, Matki – rozpogodzone. Trwaj, chwilo – zdają się mówić… Miałem wtedy może sześć, siedem lat? Program Rumpelkammer emitowano od 1955 roku. Rodzice pierwszy telewizor „Wawel” kupili chyba w 1961 roku? To był już chyba Wawel II…
—-
Chwile…
Najbardziej niepokojąca jest ta, która zaczęła się o 4.45. W moim pokoleniu była dziedzictwem pierwszego stopnia. Tak… Teraz dopiero widzę „ich” twarze. Obudzonych o 4:45. Chyba pierwszy raz zaczynam je w pełni rozumieć… Ale to inny zakamarek niedospanej nocy.
Przez wiele lat radosną godziną była 6.10. Rendez-vous o 6.10… Na strychu, w komórkach, w garażu – na starych (wtedy: najnowszych) lampowych odbiornikach, „pionierkach”, „stolicach” czy wielkich, poniemieckich „beethovenach” – słuchaliśmy audycji muzycznej Radia Wolna Europa.
Potem – kwadrans po dwudziestej pierwszej – słynna audycja jazzowa Willisa Conovera w Voice of America.
Jak tylko zaczynało się zmierzchać, gdy poprawiała się propagacja, już na małych tranzystorowych „kolibrach” lub „selgach” (baterie były strasznie drogie dla kieszeni takich biznesmenów jak ja, którzy zarabiali na zwożeniu do punktów skupu pustych butelek, złomu czy starych szmat) słuchaliśmy list przebojów Radia Luxembourg.
W niedzielne wieczory, o dwudziestej pierwszej, nierzadko już w łóżku, po kąpieli, słuchało się „Rewii piosenek” Lucjana Kydryńskiego. Słyszę: przed państwem Eartha Kitt… Takiego radiowego „r” nikt nie miał. Długo szukałem, aż wreszcie znalazłem tę pierwszą „agę”, która stała na nocnej szafce a zielone światełko magicznego oka odbijało się na skośnej ścianie pokoju na poddaszu.
Boże… jak długo mógłbym jeszcze wymieniać listę podobnych sytuacji, audycji, nazwisk?
——-
Głośna rozmowa. Matka nigdy nie umiała i chyba nie próbował ukrywać zdenerwowania.
– Idziemy! – krzyknęła, chwytając mnie mocno za rękę.
Nie rozumiałem, co się stało? Dlaczego Ojciec poszedł w drugą stronę. Szliśmy w milczeniu. Musiałem podbiegać za krokiem Matki. Jakiś kamyk wpadł mi do bucika. Bałem się powiedzieć Matce cokolwiek, bo była tak rozemocjonowana.
To było w Makowie Podhalańskim.
Ojca nie było na obiedzie.
Po południu (on zawsze w moim dzieciństwie wyłaniał się z zakrętu; poły marynarki powiewały energicznie; chodził szybko i zamaszyście; mówił, że gdyby policzyć kroki, to już ze dwa razy pokonałby trasę z Krakowskiej na Gumieńcach do Słońca i z powrotem…).
Ale trzynaście lat temu ktoś na tym jego drogowskazie ze słowem „Słońce” dopisał maleńkie: ku. Ku Słońcu.
Pamiętam, że zawsze machałem mu ręką, a on podkręcał wąsa. Miał je takie długie, zakręcane…
– Paskudne, zgoliłbyś te wąsiska. Są okropne! – mówiła Matka.
Ulegał Matce we wszystkich kwestiach. Ale wąsy obronił.
Ojciec niósł jakieś pudełko pod pachą.
– Zobacz – powiedział, przykucnąwszy na skraju chodnika.
Wyjął z pudełka nowiutkie radio przenośne (tak się wtedy mówiło). Ówczesny hit radiofonicznej techniki – tranzystorowego „gulivera”. Z możliwością selektywnego dostrojenia się do tak podatnych na zakłócenia i zagłuszania fal krótkich.
– No, teraz mogą mi te „szczekaczki” zagłuszać sygnał, a ja ich i tak okiwam.
Hm… nie wiem, czy umiem, czy umiałem kiedykolwiek cieszyć się z drobiazgów tak bardzo jak On.
Oficjalnie wszyscy byliśmy oburzeni, że Ojciec całą noc trzyma radio przy uchu.
– Wyłącz, ile można tego słuchać, daj spać spokojnie!
Ale kiedy zdarzało się, że wyjechał, ciężko było usnąć bez tego skrzypolenia w małym głośniczku. Do dziś nie potrafię wtopić się w ciszę snu bez szumu z radiowego głośnika.
Może wtedy „rodziło się” moje radio? Nie sądzę. Radio było wtedy, na przełomie lat 50. i 60. XX wieku, niezmiennie nadzwyczajnym odkryciem. To cywilizacyjny wynalazek na miarę koła. Nie ma w tym stwierdzeniu najmniejszego cienia przesady.
—
Ponad dwa lata (adres profilu na FB – https://www.facebook.com/rundfunkstettin/) przygotowywałem się do setnej rocznicy uruchomienia pierwszej stacji radiowej w Szczecinie, ówczesnym Stettinie. Ale „życiowe burze magnetyczne” odbiły tę i setki innych spraw na peryferie mojego Kosmosu. Jednak dzisiejszego dnia nie mogłem nie odnotować.
Wtedy, sto lat temu, już w Wigilię 1925 roku popłynęły w stettinski eter pierwsze słowa. Rozpoczęła się emisja próbna. Nadajnik na obecnym Niebuszewie, studio – w dzisiejszym Liceum Ogólnokształcącym przy ul. Mariackiej.
A regularna emisja – już zapowiadana w cotygodniowym Pommersche Rundfunk-Zeitung – rozpoczęła się 3 stycznia 1926 roku, punktualnie o 12.00 w południe.
Marzyło mi się, że dziś uda mi się nadać zrekonstruowany, ten pierwszy dzień pracy rozgłośni stettinskiej. Ponad trzy lata studiów, dziesiątki wizyt w archiwach w Polsce i Niemczech. Korespondencja z mnóstwem osób.
– Piękny projekt, ach, byłoby cudownie… Ale nie zachowały się żadne pamiątki. Nie, nie mamy dokumentów. Plany – przepadły. Nazwiska ludzi – zatarte upływającym czasem.
Nie mogłem pojąć. Ledwie sto lat i o tak fundamentalnym dla pomorskiej społeczności przedsięwzięciu (bo aż po Królewiec niemalże, pod Berlin i Magdeburg – hen, daleko w stronę Bremy – w pasma berlińskiej firmy Funk-Stunde włączane były emisje z ul. Mariackiej) wiemy tak mało.
Wiem, kto budował i uruchamiał nadajniki, kto był przez ponad dwa lata kierownikiem stacji. Znam okoliczności strajku i awantury aktorów stettinskich teatrów z dyrekcją radia, wyłowiłem artystów, którzy występowali przed mikrofonem. Ba! Znalazłem pięć zdjęć – genialnej jakości – wnętrza rozgłośni. Ale cena za możliwość opublikowania tych fotografii przerosła moje możliwości.
Sto lat. Trzy pokolenia? Wojna wydłużyła je w nieskończoność?
Nie. To byłoby zbyt proste wyjaśnienie.
Wspomniana wczoraj książka „Moja wojna” Orwella – poprzez samo nazywanie faktów – potwierdza coś, co dziś w nocy znalazłem w „Duszy. Historii ludzkiego umysłu” Paula Hama. Ten ceniony historyk napisał – jeśli dobrze zapamiętałem – że ludzie uciekają w przeszłość, by uwolnić się od kryzysów i codziennych komplikacji, do świata wyimaginowanej prostoty i czystości.
Zdanie – godne poważnej rozprawy filozoficznej. Jej kluczowymi elementami są: ucieczka, uwolnienie, kryzys, imaginacja… Ona właśnie.
Chyba znalazłem klucz, choć nie wiem, czy otworzy on drzwi do zrozumienia tak gnębiącego mnie problemu naszego otępienia. Mówiąc wprost: degradacji, ogłupienia, rezygnacji – i jak to czytamy w Biblii – parafrazując – ustania w wysiłkach.
Kiedyś na karteczce zapisałem zdanie, ale nie mogę odczytać dokładnego źródła:
„Uciszcie się (zaprzestańcie wysiłków) i poznajcie, że Ja jestem Bogiem”.
Ja, czyli kto? A może dziś należałoby zapytać nie „kto”, tylko „co”?
Co sprawia, że ustajemy w wysiłkach?
—-
Ojciec żartował…
– Co, tylko czwórka? A co sobie myślisz: że weźmiesz talerzyk i będziesz chodził po świecie, czekając, że ci manna z nieba sama do niego wpadnie? Licz tylko na siebie.
Nie posłuchałem. Dałem się uwieść. Światu. Jadlem go, ile się dało. Bez talerzyka. Szarpiąc zębami.
Jakiś paradoks się nam tu tworzy. Ucieczka w przeszłość ku… naszej przyszłości. W teatrach – szmira i konfabulacje niedouczonych reżyserów; w literaturze – kryminały i fantasy intelektualne, które ten i ów (autorzy) nazywają literaturą… Malarstwo – pacykarstwo, ale za setki tysięcy złotych. Muzyka – łomot dudniący i i dudnienie łomocące.
Zaprzyjaźniony antykwariusz stanął w drzwiach swojego piwnicznego skladu. Wolno listował, ruchem iluzjonisty, kartki kolejnej – może setnej już – książki tego autora.
– Śmiertelnik nie stworzyłby tylu dzieł w ciągu kilku lat…
Milczałem wyczekująco, czy dokończy zdanie.
– A wie pan, dlaczego tak sądzę? Bo w tych książkach nie ma błędów – tak jak nie ma momentów wzniosłych. Te „powieści” (bo z definicją gatunku z podręcznika poetyki niewiele mają wspólnego) są jak zjazd po poręczy bardzo długich schodów. Mam wrażenie, że w tym zachwycie, na ostatnim metrze, nadziejemy się na gwóźdź wbity w tę poręcz. Gwóźdź prawdy. Czyli… kłamstwa.
Sto lat temu w tych piwnicznych pomieszczeniach składowano węgiel, ziemniaki, przetwory… Dziś są ostatnim miejscem odchodzącej cywilizacji.
Spojrzałem spod okularów, odkładając kolejną książkę, której omal już nie kupiłem.
– Tu nie ma emocji. Są wydarzenia. Tu nie ma twarzy – są tylko sylwetki i profile. Nawet te kartki, gdy je przerzucać, wydają inny dźwięk niż z książki prawdziwej…
—–
O! Już 13:01 a ja ciągle klepię w klawiaturę – w studiu radia Stettin już po przemówieniach. W eter płyną dźwięki uwertury do „Tannhäusera”. Kolejne przemówienia, a ich zwieńczeniem bachowska – Jubel-Ouvertüre.
Na termometrze zero stopni. Przez drzewa przebija się słońce. Wczoraj padało i wiało. Dziś spacer powinien być podwójnie długi. Za wczoraj…
Idę nad morze.
Szkoda, że projekt Rundfunk Stettin (na szczęście na chwilę! – coś mi podpowiada) zastygł…



Add Comment