Chodzenie po linie – do góry nogami

Notatka pierwsza:

Zacznę od post scriptum.

Nie wiem, czy mogę podziękować za zaufanie, bo nie jestem pewien, czy starczy mi kwalifikacji, by dokonywać analizy albo recenzji Pańskiego słuchowiska. Szczególnie tak osobistego i wyrazistego, w którym narrator czy podmiot liryczny pozostaje dla mnie postacią nazbyt realną, zbyt materialnie obecną.

Mogę co najwyżej zanotować kilka skojarzeń, konstatacji, może nawet pomysłów… Zrobię to na marginesie pańskiej Nihilistycznej Filozofii Szczęścia Poprzez Cierpienie i Destrukcję.

Panie Ryszardzie! Wszystkie te wyrazy krążyły zawsze w mojej głowie, gdy próbowałem pana zdefiniować. Ale nie umiałem ich ułożyć w proste zdanie. Swoim słuchowiskiem pomógł mi pan dokonać korekty… Czy własnego siebie także?

 

 

Mam taki karton.

Wrzucam do niego wszystkie kable, kabelki, łączówki, interkonekty, przedłużacze. Bywa, że pilnie muszę z niego coś wyciągnąć. Chwytam za wystający drut, ciągnę, a plątanina wszystkich pozostałych chce się „załapać” wołając: mnie weź, mnie, weź mnie także.

Trzymam ten kokon spętanych wątków prądowych, brzmieniowych, transmisyjnych, przekaźnikowych, zasilających, uziemiających, a nawet antenowych! Każdy ważny i nieodzowny, fundamentalny i warunkujący uruchomienie systemu.

System. Na przykład: moje ja. Nazwijmy je dla niepoznaki (jak w słuchowisku – dzidzi Gogo dzidzi. Nie wiem, w jakiej transkrypcji nazwa ta u pana funkcjonuje. Ja zapisze ją tak: GiGi GoGo. Czyż nie jest to  efektowna przykrywka dla – dajmy na to – czyjegoś alter ego? Nie byłem w Paragwaju, jedynie leciałem nad tymi obszarami. Z wysokości przelotowej nie widać tego sławnego GiGi GoGo, paragwajskiego salonu pięknych paznokci i najbardziej subtelnych technik makijażu. Nie widać też sąsiadującej z tym salonem kawiarni Asuncion. Kawę podają tam pewnie przedniej jakości, więc może kiedyś „polecimy” tam razem… To tylko jeden dzień i dziewięć godzin lodu z Berlina. Podróże przez myśli naszych obsesji trwają o wiele dłużej.

W samolocie ciężko się myśli. Ale przez tyle godzin można, będąc podszytym strachem, próbować uruchomić proces wiwisekcji. Niektóre wspomnienia pozostaną w cieniu, inne wypełzną w sposób jednak stymulowany sytuacją. Ukażą jakiś bardzo konkretny moment naszego życia, którego później już nigdy nie zobaczymy w taki sam sposób. Czy jednak mówimy tu o wspomnieniach czy może o zjawiskach albo elementach psychotycznych naszego temperamentu?

Dobrze. Pozostańmy przy roboczym terminie: moment lub wspomnienie.

 

Idę przez lodowiec. Biel nad głową, biel pod stopami, biel za i przede mną. Ale słońce nie rezygnuje. Sypie bielą na prawo i lewo. Przebija się przez każdą powałę. Tu skubnie kawałek szarości, tam, zaplami ją lekką poświatą. Idealna dotychczas biała powierzchnia zamienia się w płachtę pełną coraz większych, mokrych plam. Wystarczy przysłonić promień – plamy znikają, roztopiony lód wraca do właściwej mu konsystencji.

A człowiek? Mówi to co ma do powiedzenia. Albo, co chce powiedzieć. Inny mówi, nic nie mówiąc, ale tym samym daje się poznać o wiele pełniej niż ten pierwszy. Słowa pierwszego – działają niekiedy jak zasłona dymna. Ten drugi… Warto zwracać uwagę, jakich słów nie wypowiada. Tu może być klucz do ominięcia wybiegu, którym chce się przed nami osłonić. Jest też trzecia sytuacja. Taka face to face. My mówimy i sami siebie słuchamy. Niekiedy myśli są tak intensywne, że otwieramy w głowie świat równoległy.

 

Na przykład: Matka

Mam z Nią i ja problem. I Pan. I oni wszyscy także. Może nie każdy i niekoniecznie teraz tkwi w epicentrum tej sprawy, ale prędzej czy później temat Matki wraca.

Milion aspektów. Matka jako ratunek. Matka jako źródło nieszczęść. Matka jako pierwsza ojczyzna. Matka jako wyrok. Matka jako schronienie.

Zróbmy eksperyment. Wykreślamy słowa. Od najmniej znaczących do najważniejszych. Bez większego żalu pożegnalibyśmy się z majątkiem, pozycją, może nawet z częścią marzeń. Na liście zostałyby światło, sen i głos. Kto wykreśliłby Matkę?

Matka składa się…

Ja widzę przede wszystkim ręce.

Miała piękny uśmiech.

Lecz jakakolwiek próba opisu szczegółów mija się z celem, bo Matka jest kosmosem. A kosmos nie ma granic.

Moja lubiła bardzo piosenkę „Serce Matki”. Kazała mi często ją odtwarzać z płyty gramofonowej. Była osobą głęboko wierzącą.

Dziś nie odważyłbym się Jej przytoczyć opinii Episkopatu, który uznał, że ta pieśń nie „jest autentyczną sztuką nakierowaną zawsze na świętość kultu”.

Nie wiem.

Naprawdę nie wiem, co by odpowiedziała.

Pewien znajomy, człowiek współczesnego renesansu, otoczony najnowszymi osiągnięciami techniki i gadżetu, pędząc od jednego biznesu do drugiego, prowadząc równocześnie trzy rozmowy przez cztery telefony nagle zatrzymał się na rozdrożu.

– Gdzie ja, k.. jestem?

Dzwoni do asystenta.

– Gdzie ja k… jestem? Co to za droga? Mam skręcić w lewo czy w prawo.

Asystent, którego dusza na dzwonek telefonu chowała się zawsze za szafę pancerną, wydukał z siebie rutynową odpowiedź.

– Nie wiem, panie prezesie, ale zaraz się dowiem.

– Jak to nie wiesz, jak to nie wiesz? To po co ja ci dałem te telefony, laptopy, zobacz, sprawdź w internecie. K… Nie mam czasu. Zadzwoń albo nie, ja zadzwonię, to będzie szybciej.

W tym czasie dusza asystenta schowała głowę pod pachę, która się idealnie wpasowała między kolanami owiniętymi wokół pleców.

Być prezesem czy duszą asystenta? Czy dokonał pan wyboru? Ze wszystkimi konsekwencjami? Rozumiem, wybiera pan duszę… Nie? Jednak prezesa? Przykro mi, czas na odpowiedź już minął. A miał pan wielką szansę!

W tym pańskim strumieniu świadomości wyczuwam nie tyle nieszczerość, ile lęk przed dopowiedzeniem czegoś do końca. Krąży pan wokół pewnej myśli, podchodzi do niej, odchodzi, zagaduje ją innymi obrazami. Być może dlatego, że jest zbyt prosta. A rzeczy najprostsze bywają najtrudniejsze do wypowiedzenia.

Negocjowałem, wykłócałem się, taki byłem cwany i sprytny, przewidujący i zapobiegliwy. Tego wyprowadziłem w pole, tamtemu nie poskąpiłem, reszcie nie darowałem. I co? Co by było, gdym odpuścił, machnął ręka, zamilkł?

– Taki mały, a taki hardy… – jeśli dobrze pamiętam słowa pańskiego bohatera. – Więc – cela numer sześć!

Gdzieś przeczytałem… Szczury zlizywały ropę z moich ran… Bo nałóg, bo byłem na głodzie, bo brak wsparcia, wiary, pomocy…

– Szefie, dzwonili, że mają dla pana mentolowe Prince.

– To skocz, weź wagonik, bo zostały mi już tylko dwie paczki.

– Ale, szefie, dziś środa, a w poniedziałek przywiozłem sztangę.

– Nie gadaj, Janek, leć i weź. Jak będą mieli dwie, to kup dwie.

Zapaliłem, zaciągnąłem się, poczułem się nie jak rozbitek na bezludnej wyspie, ale jak jedyny, ostatni człowiek na całym świecie. Siedzę nad kałużą oceanu. Błogość, spokój, bezpieczeństwo.

– Szefie, dzwonili z gazety, żeby do tego wywiadu z panem dodać jakieś pana zdjęcie.

– W dolnej szufladzie coś powinno być.

– Ale tu na wszystkich pali pan papierosa, a do gazety to chyba niekoniecznie takie…

– Proszę popatrzeć dobrze…

– Nie ma bez papierosa.

Następnego dnia rzuciłem palenie.

Ja wiem. Łatwo powiedzieć. Ale musi być gdzieś jakiś błąd w systemie, ktoś, coś musi przesłonić tę ostrzegawczą lampkę przed przepaścią.

Patrzę przez wielkie okno. Dziesiątki, może setki jaskółek. Jaki sens w tym ich fruwaniu! Populacja ptaków zmniejszyła się w ostatnim półwieczu kilkukrotnie. Więc pięćdziesiąt lat temu, gdybym siedział przy tym samym oknie, fruwałoby tutaj tysiąc jaskółek?

Manowce wiejskiego myślenia. Ale przedzieranie się przez bruzdy świeżo przeoranej bólem świadomości o wiele mocniej dotyka niźli wyoranie owej bruzdy.

Więc PO CO wchodzić w tę bruzdę? Po co pozwalać tym zwielokrotnionym głosom stróżów moralności, prawa i obyczajności na perorowanie, śpiewanie psalmów poprawności i przyzwoitości? Jak woda w gąbkę, tak oni w naturę krnąbrną i zbuntowaną sączyć będą te chorały pustego słowia. Po panu dostaną w ręce następnego GiGi Go Go, i kolejnego. Rzucą was na ziemię, dadzą pić lub nie. Potem zmienią ich na służbie koledzy, którzy właśnie wrócili z ciepłych domów, do których wasi kaznodzieje za chwilę się udadzą. Zdejmą spodnie, otworzą ciepłe piwo, włączą telewizor i będą ćwiczyć dzieci, żonę, stękną, bekną, usną, nie domyją, pod pierzyną się spocą, a rano wrócą i założą służbową komżę by głosić prawdy, wobec których buntowanie się jest dla jednych ważniejsze od – proszę wybaczyć – cudowania takich drożdży, kultur bakteryjnych, zawierających w nazwie przymiotnik: moralny.

Tyle na teraz odprysków po wysłuchaniu pańskiego słuchowiska. Muszę… a także i powinienem… Wrócę do niego, tylko zmiotę te szrapnele, jaki ono wywołało. Kilka celnie mnie trafiło.

 

Zamiast wstępu, który powinien był pojawić się na początku.

Idąc po linie – balansujesz. Jeśli poskromisz niecierpliwość i dochowasz staranności, czystości zasad i metod – zostaniesz linoskoczkiem.

Dlaczego więc będąc linoskoczkiem – człowiek przestaje być spolegliwy? Pozostaje Syzyfem, który nieustannie ginie z własnej ręki, która pcha na niego cały ten oręż, w jaki wyposażyło nas życie?

Człowiek jednak nie lubi siebie samego. Ale lubi bardzo o tym mówić innym.

CDN

Add Comment