Między strachem a podziwem…

06.01.2026

Porannik północny – odc. 04

Tytuł. Tak, tytuł jest ważny.
Działa jak zderzenie ze skałą (mogłem napisać: ze ścianą) albo utonięcie w nicości.

Emocje tej (jak każdej innej) dyskusji osiągnęły maksimum, na granicy bezradności, która mieści się w największym tomie najgrubszej encyklopedii pod tytułem: „nie wiem”.

Olo nie wierzy w UFO.
– Nie ma żadnych kosmitów.

W Kosmos się nie wybiera, bo to za wysoko. A on właśnie nie lubi wysokości. Poza tym – nie istnieją przybysze. Nie, bo są tylko rysowani albo „udawani” przez aktorów.

– To kto i przy użyciu jakich narzędzi wykopał tunele pod piramidami w Egipcie? Te tunele nie prowadzą na drugą stronę świata, lecz w przestrzeń (ugryzłem się w język) – czyli… w miejsce bez granic!?
– Czyli… w kosmos?
– Nie wiem, czym jest kosmos. Popatrz… Wszystko, co potrafisz nazwać, ma swoje fizyczne ograniczenie: wymiar, wagę, temperaturę. Ale nawet kosmos jest pewnie częścią czegoś, co też jest elementem innego czegoś… a razem należą do kolejnego innego…
– Nie. Nie, bo kiedy świat został stworzony, to, to… – w słuchawce zaległa cisza. – Mogę się rozłączyć?


Nasze podróże zawsze były „wyboiste”. Moja pozycja w świecie wnuka zmieniała się od stanowiska banity poprzez ignoranta do urzędu guru. Po emocjach dziecka widziałem, które aspekty „życia i jego przejawów” – (ulubione powiedzonko, którym ktoś, kiedyś karmił ojca Ola) – trafiają na jego intelektualną gąbkę albo bibułę, a które odbijają się z łoskotem od wrażliwości, ale i emocji wypełniających zdziwienie światem (i jego przejawami – dodam, by pozostać w rodzinnej konwencji). Może nawet – a może przede wszystkim – od reakcji impulsywnych, wręcz samozachowawczych?

– Co? – pytam Ola, gdy ten wpatruje się w niebieską kreskę systemu nawigacji auta i meandruje w świecie podzielonym lub zespalanym tą kreską. Był czas, gdy jeszcze nie zdążył się umościć w swoim foteliku, a już niecierpliwie prosił o włączenia tej niebieskiej kreski, ukazującej drogę, po której w ten weekend będziemy podążali.

– Patrzysz w tę kreskę jak pewien mój koleżka w… – celowo zawiesiłem głos.
– A kto to? Masz koleżkę? Znam go? Co robi? Gdzie jest teraz, pokażesz mi go?

Seria pytań wybrzmiała, bo akurat na ekranie pojawiła się sekwencja „obwarzankowego” rozjazdu. Głowa Ola delikatnie odchyliła się w prawo, bo w tę stronę skręcaliśmy.

– Ten mój koleżka ma dokładnie tyle samo lat co ty i ma też na imię Olo. I pewnego dnia nie mógł zasnąć.
– Coś go bolało?
– Dusza.
– Dusza nie boli.
– Oj, i to mocno. Ale na ten jej ból nie działają żadne zastrzyki.
– Zastrzyk duszy? Dziadku, żartujesz… Dusza nie ma ciała.
– No właśnie, dlatego, jakby ktoś chciał jej dać zastrzyk w ramię, to co?
– Lekarstwo by się rozlało.
– To może tabletka?
– Dziadku, żartujesz. Dusza nie ma żołądka…
– A co ma dusza?

Niebieska kreska na ekranie się wyprostowała. Pojawił się napis: „72 km – jedź prosto”.

Wracaliśmy znad morza zawsze późnym wieczorem. Byłem przekonany, że Olo uśnie, zanim na dobre ruszymy w drogę. W lusterku widziałem, jak światło mijanych latarni muska jego twarzyczkę, którą przez cały dzień rozcinały nadskakujące mu morskie fale. Bo przecież wiadomo – był królem i pogromcą rozbijającym fale.

– Ten mój koleżka…

Nie zareagował. Był już w tym swoim (jak bardzo nie umiem tego stanu nazwać) zamyśleniu.

– Nie mógł usnąć, bo właśnie wiał wiatr, poruszał gałęzie wielkiego drzewa, które rosło tuż przy oknie jego pokoju (byliśmy akurat po lekturze pierwszych rozdziałów „Dzieci z Bullerbyn”).
– Nie podoba mi się ta książka. Jest nieprawdziwa. My się nie bawimy z dziewczynami. Nie interesuje mnie ta, ta, ta historia.

Nabzdyczał się, nakręcał, wyginał… ale gdy zaczynałem czytać kolejny rozdział, Olo, choć wdziewał zbroję buntownika, słuchał opowieści w największym napięciu. Szczególnie tego fragmentu, gdy dzieci zbudowały sobie sznurkową kolejkę linową między oknami sąsiadujących domów. O, to był chłopczyński konkret. A że dziewczyny pojawiły się w tym systemie komunikacji listowej – trudno, ważniejsza była inżynierska konstrukcja niż obecność koleżanek.

– Ten koleżka, mój, mówiłem ci…
– No to co z nim?
– No, nie mógł usnąć, bo go te cienie gałęzi oświetlanych księżycem trochę denerwowały.
– Ja też nie lubię cieni gałęzi.
– Księżyc od razu to zauważył. I…
– I co? – poirytowany czekaniem na dalszą część opowieści, Olo kurczowo, wręcz z wysiłkiem wpatrywał się w niebieską kreskę autonawigacji.
– I księżyc postanowił, że…
– Księżyc nic nie może postanowić. Dziadku, księżyc nie jest człowiekiem. To jest kosmiczna kula. Nie wiadomo…

Jego zacietrzewienie słabło dość szybko tym razem. Bo być może była to sprawka owego koleżki, który przypadkowo nosił takie samo imię…

– No więc co ten twój koleżka? Nie mógł usnąć? Bo cienie go straszyły? A księżyc…
– Cienie straszą? – przerwałem gwałtownie wyliczankę. – A mój cień jest wesoły.
– Bardziej stary, chciałeś powiedzieć. – Olo zaczął zachowywać się jak śrubka, która nie może się zdecydować: wkręcać się, czy wykręcać.
– Nikt nie lubi cienia. Ty może lubisz, bo masz mało kolegów…

Zignorowałem tę uwagę. Auto sunęło po idealnej drodze, wiec mogłem lekko ściszyć głos.

– W pokoju chłopca było pianino…
– Ja wolę gitarę. Tata gra na gitarze, ja też mam gitarę… W ogóle gitara jest najlepsza.
– … księżyc mrugnął do chłopca i swoim promieniem przeskoczył na klawiaturę.
– Księżyc nie skacze, on płynie po niebie…
– … i wtedy, gdy światło księżyca dotknęło klawisza, w pokoju pojawił się dźwięk…
– Dźwięk się nie pojawia, tylko dźwięk się wytwarza, bo to coś, co jest w tym pianinie… Jak naciśniesz w klawisz, to tam są takie mechanizmy…
– … i dźwięk zniknął…
– Bo… – Olo najwyraźniej był lekko skonfundowany. Zgubił wątek swojego myślenia, czy może zaciekawiła go moja narracja?

Odgłos kierunkowskazu podczas wyprzedzania potężnego tira wypełnił antrakt przed wyraźnie drugą częścią opowieści o koleżce. Gdy znów zjechaliśmy na prawy pas i przed nami nie było innego auta, światła drogowe rozjaśniły pobocza drogi, nie niszcząc jednak pewnego klimatu, współgrającego z opowieścią, która chyba coś będzie miała wspólnego z muzyką.

– Księżyc chyba polubił tego mojego koleżkę, bo po chwili wysłał dwa promienie i one uderzyły delikatnie w dwa klawisze. I mój koleżka zauważył, że dwa dźwięki brzmią zupełnie inaczej niż jeden.
– No to jest oczywiste, bo…
– Ty wolisz lody d’oro i migdałowe, a ja owoce leśne i orzechy.

Na buzi pojawił się ledwie dostrzegalny grymas zadowolenia. Lody były warte każdej wycieczki wzdłuż brzegu do samego mola. Wystarczyło rzucić hasło: „Olo – molo?”

– Ale tylko dlatego ja takie wybieram, bo nie ma lodów o smaku kiszonej kapusty i nie ma musztardowych. No, ewentualnie zaakceptowałbym lody musztardowe lub takie z chrzanem.

Mina Ola wystarczyłaby za każdy komentarz. Nigdy nie dotarłem do „wiedzy”, co w umysłowości takiego dziecka się dzieje, gdy nieustannie jest bombardowany pociskami, które tak bardzo nie współgrają z jego wizją świata. I systemem… smaków. Kiedy zbliżałem się do granicy wariantów alternatywnych, Olo (już nie pamiętam, skąd znam to określenie) wciągał powietrze, zdając się mówić: jeśli ja się teraz nie rozpęknę, to ja się już nigdy nie rozpęknę.

– Dziadku. N-i-e m-a t-a-k-i-c-h l-o-d-ów…

Kiedy tsunami lekko osłabło i Olo wracał do śledzenia niebieskiej kreski, podjąłem przerwaną opowieść.

– I wtedy jedna gałązka zauważyła te dwa wesołe promyki księżyca i postanowiła się z nimi zabawić w skakanie po klawiszach. Ale ponieważ gałązka nie była częścią księżyca, więc nie mogła być promieniem światła, to została… cieniem. I ten cień uderzył w…
– To proste. W czarny klawisz.
– I zaczęła się gonitwa. Najpierw powoli, jak smok ociężały…
– To nie tak, dziadku… To lokomotywa…
– … ruszyła muzyka ospale…

Olo nie zauważył, że zamach na jego niezależność był wcześniej ukartowany. Bo w tym momencie wcisnąłem klawisz odtwarzacza muzyki. Na ekranie nawigacji pojawił się napis: „Moonlight Sonata”…

– … i ten księżyc bardzo się ucieszył, że gałęzie drzewa postanowiły się z nim pobawić. Bo tak mu trochę nudno już było. Zawsze musi świecić wtedy, gdy wszyscy śpią. A on jest taki samotny. Nie ma koleżków, z którymi mógłby poszaleć.
– Są komety. Albo meteory… – półgłosem, usłużnie zaserwował Olo rozwiązanie dla tej jednak dość kłopotliwej sytuacji.

Muzyka nabierała tempa, ale dalej pozostawała w klimacie.

– A spróbuj paluszkami „udawać”, że grasz na pianinie?
– Ja będę grał tylko na gitarze. Gitara jest najlepsza. Mój tata też gra na gitarze…
– … ale teraz, tylko tak dla zabawy…

Rączka Ola leżała na zarumienionej słońcem nodze. Zdało mi się, że jeden paluszek drgnął. Olo milczał. Ale ja wiedziałem, że… gra.

Równe sto kilometrów w jedną stronę przemierzaliśmy przez lata, w każdy weekend.

Z muzyką przygód mieliśmy kilka. Olo, największy na świecie ekspert od japońskiego języka kotów, z którymi porozumiewa się od dawna w sposób oczywiście wirtuozerski, w kolejnej podróży uległ magii „Bolera”. Nad pustynią wstało słońce. Mały kotek był bardzo spragniony. Ale nigdzie nie było kałuży ani miski z pompką napowietrzającą orzeźwiającą wodę. Nie było rzeki ani morza. I kotek poszedł szukać wody. I idzie… tam, tata tam, ta ta ta ta ta ta tam… ta ta tam…

I na końcu tej opowieści, gdy wraz z kotkiem na poszukiwanie wody wybrało się całe towarzystwo pustynno-sawannowe, gromada zwierząt dotarła na brzeg morza. A w morzu – fale. I każda fala wołała do zwierząt: no, rozbijajcie nas, skocznie, kto potrafi lepiej.
– Ja. Wiadomo… – półgłosem dopowiedział Olo.

Historia z sonatą księżycową jest bardzo długa. Jak sama sonata – w nastrojach odmienna. Olo dziś uwielbia jej część trzecią, gdy księżycowe promienie i cienie drzew wezwały na pomoc wszystkie leśne zwierzęta, bo złodzieje ukradli czarne klawisze. I w trzeciej części trwa pościg przyjaciół chłopca, który pokochał grę na fortepianie, za łobuzami, zakończony wielkim laniem, jakie morskie fale sprawiły niegrzecznym złodziejom za ich niecny czyn. Ścigający bowiem łobuzów doprowadzili hultajów właśnie nad morski brzeg. Resztę załatwiły fale.

Samo wspomnienie fal i tych nurkowych skoków… To dla Ola przebojowa muzyka.


Film dzisiejszy, popółnocny? Stał się pretekstem do powyższego wspomnienia.

Był tak prosty, jak tylko może być profesjonalny materiał dokumentalny. Zrobiony przez zawodowca.

To opowieść o Marcie Argerich i jej brazylijskim „rywalu”, pianiście Arthurze Moreira Limie, podczas Konkursu Chopinowskiego w 1965 roku. Film miał konstrukcję klasycznej kanapki: chleb, masło, ser, szynka, ogórek lub pomidor.

Banał. A zarazem przysmak. Szczególnie, gdy po kilku pierwszych zagryzieniach smaki zaczynają się mieszać, tworząc duchowe tiramisu… Ale z rumem… jeśli można. Takim prawdziwym, 85-procentowym.

Kilka lat temu wpadła mi w ręce biografia pani Marty Argerich. Wielka artystka, ale czy nie za wcześnie na już biografię?

Serie, a może etapy jej muzycznych fascynacji, które zawsze miały związek z wybitnymi indywidualnościami świata muzyki (pianistami i dyrygentami) – być może wyrastały z przenikania muzycznych świateł księżyca i cieni konarów, które same bez siebie nie tworzą żadnej magii.

Film nie powstał w Polsce. Nie zrealizowali go polscy autorzy. Ale bazował na nagraniach, które w okresie największego znaczenia Konkursu Chopinowskiego (dla całego świata od początku lat 60. XX wieku) były utrwalane na taśmach przez polskich techników i realizatorów dźwięku. Japońskie JVC do dziś szczyci się kolekcją nagrań młodych wirtuozów, którzy na pianistycznym rynku światowym zasłynęli blaskiem i cieniem księżyca, wirtuozerią uchwyconą w analogowych nagraniach, dziś nieosiągalnych nawet za cenę zaprzedania duszy… Chętnych może i byłoby wielu, ale – kupców dusz już brak. Niechodliwy towar.

Martha Argerich łączy w sobie żywioły emocji i bezdechu. Mimika jej twarzy, wtedy i dziś, jest jak Cerber chroniący dostępu do jej muzycznych gejzerów. Jej sztuka przeczy zasadzie: „chemiku młody, wlewaj zawsze kwas do wody”. Martha Argerich detonuje ładunek jądrowy na otwartej klawiaturze. Może Yuja Wang, a wcześniej Lang Lang, może Kissin, zagraliby nie tylko trzydziestodwójki, a nawet stodwudziestoósemki. Wpatruję się w ekran. I widzę… Kamera rejestruje… znikanie dłoni pianistki, dłoni, które z prędkością światła, ale też z nadzwyczajną wyrazistością i dynamiką sypią iskrami dźwięków, jakby to był popis samego Hefajstosa.

– No, koledzy, potrafi z was który tak miotać pięknem?
– Pięknem…? Ogn… – szeptem chciał kolegę poprawić jeden z bogów, ale zrozumiał, że wyszedł przed szereg, przed czym zawsze ostrzegał ogniomistrz Kaleń: nigdy nie wychodź przed starszego.

Daniel Barenboim potwierdza: nigdy nie byłem i nie będę tak dobrym pianistą. Blechacz nie kryje zachwytu i reaguje nań uśmiechem podziwu.

Muszę to powiedzieć…

Dziennie rejestrowanych są dziesiątki wspaniałych wydarzeń muzycznych. Technika telewizyjna wprost uskrzydliła realizatorów, którzy – jak helikopter z oberwanym śmigłem – zaczynają wykonywać kamerowe ekwilibrystyki, skoki, przejazdy, zbliżenia, miksy; nie dość, że nie zważając na muzyczne frazy, to jeszcze nie podążając za nicią dźwięku, wirtuozersko skręcaną przez wrzeciono.

Po dwóch minutach takiego kociokwiku obrazów, ręka sama sięga po przycisk, by WYŁĄCZYĆ obraz, który – jak wyrwy w drodze – nie pozwala płynnie jechać trasą znaną jako Route 66.

Na polskich nagraniach archiwalnych mamy wszystko, co jest niezbędne przy filmowaniu muzyków: stały kadr.
To w nim dzieje się magia. Kadr nie może, jak pijany, szarpany zwidami łazior, wędrować przez przedmieście w poszukiwaniu niedopitej butelki. O, jest jedna. Łyk, wdech. A, to nie była whisky, to był olej do smażenia frytek…

Ale nie byłbym sobą…

Właściwie to nie wiem, dlaczego powstał ten film. Ale chwała decydentom, że dali na niego niemałe fundusze. Bo realizator nie zdradził, czy bardziej interesuje go muzyk, czy muzyka, wirtuozeria czy emocja.

Gdybym miał napisać recenzję tego filmu, zamknęłaby się ona w jednym zdaniu: dość dużo wrażeń, by skutecznie skręcić sobie kark podczas rozważań, czy sztuka rodzi wirtuozerię, czy wirtuozeria jest ojcem sztuki.

(Wiem, wiem… Matką).

PS Któregoś razu postanowiliśmy z Olem, że wrócimy do domu ale przez drogi niemieckie. Auto wjechało na prom. Ekran nawigacji nieustannie pokazywał niebieską kreskę.

  • Dziadku, zobacz… Płydziemy!?

Add Comment