Sen odchodzi o północy…

04.01.2026

Z Północą targuję się o każdą dodatkową minutę. Tam nie doczytałem, tu nie dopisałem, a jeszcze obiecywałem sobie wczoraj, że znajdę pięć minut, aby obejrzeć fragment rekomendowanego filmu. Nie podoba mi się. Ale powinienem…

W tym momencie Ona wchodzi bezceremonialnie, jak każda pijana sobą kobieta. I zaczyna – jak zegar – wybijać kolejne „setki”. Dziewięć, jedenaście, dwanaście…

Kupię – pomyślałem – zegar, który o północy wybija „się” dwadzieścia cztery razy. Wiem, nie ma takiego… To byłby koniec czasu. Zegary mają w zapasie każdorazowo po dwanaście godzin. Dlatego nigdy nie wybiją kurantu: game over?

———–

Więc tak Ona teraz wygląda… Siadła na skrzynce z butami, schowała się za połę mojej kurtki. Słyszę Jej bezgłośny chichot.

– Znowu ci się plan nie powiódł? – z ironią, sam przed zasmuconym sobą, konstatuję, że w meczu „ja przeciwko mnie” znów wygrałem…

Gaszę światło…

_______

Ten sen był zadziwiający.

Kobieta, której nie widziałem od pół wieku… Leżeliśmy obok siebie, ale na jakichś schodach, które nie miały końca ani początku. Leżeliśmy w rejtanowskim nieładzie, pogubieni, jak aktor, który w tysięcznym spektaklu pominął kluczową sekwencję. Nie wie, co robić. Wrócić, zagrać jeszcze raz?

– A czy ty… – odezwała się, jakby od niechcenia.

W tym momencie ktoś wszedł na te schody. Wymieniliśmy pozdrowienia, jakieś zdawkowe słowa. Ten ktoś wyszedł. Gdy się za nim drzwi zamknęły, uświadomiłem sobie, że to była przyjaciółka kobiety leżącej obok mnie, na schodach, H. Obie były swoimi przeciwnościami. Jak się pokłóciłem z pierwszą, wzdychałem do drugiej. Potem następowała zmiana, aż się wreszcie ożeniłem. Z trzecią. Zupełnie niepotrzebnie.

– A czy ty…

Sytuacja powtarzała się już piąty, może szósty raz. Ruchliwe były te schody. Wszystkich te kobiety znałem, ale ich imion już nie pamiętałem. One były miłe, niektóre nawet uprzejme. Ta wysoka blondynka chciała mi nawet podać rękę, ale jakoś tak się niezręcznie zrobiło. Przecież wtedy, nie tak się rozstaliśmy…

Nie wiem, jakie H. chciała mi zadać pytanie. Pewnie ważne. Ona sama – teraz to już wiem – była emanacją mojego niepokoju. Gorzej: konstrukcja pytania zdradzała, że w jego wyniku musiałbym zająć jakieś stanowisko, podjąć decyzję, opowiedzieć się po którejś ze stron.

Zarządziłem inwentaryzację myśli. Kiedy nacisnąłem klamkę drzwi prowadzących do magazynu strachów, te jęknęły ostrzegawczo. Tytanicznym wysiłkiem udało mi się drzwi domknąć z powrotem. Ich młodopolskie płyciny (takie same, których część mi ukradziono, ale kilka ostało się i wiszą w pokoju obok) wybrzuszyły się, ukazując drobne pęknięcia, mikroszczeliny, wręcz włókna parciejącego pancerza, który chronił mnie przede mną samym.

Gdybym o tym wszystkim wiedział wcześniej, opancerzałbym się z większą rozwagą dobierając bardziej szlachetne materiały.

—-

To jej pytanie…

Spoglądam na lewą część biurka. Wczoraj sam zapisałem różnych ze trzydzieści. A muszę je notować szybko, bo pytania znikają. Giną pod naporem odpowiedzi, kłamstw, dywagacji, rozważań, które same swoim się pojawieniem wywołały. Wcześniej o tym nie wiedziałem, że pytanie i odpowiedź to wykluczające się elementy. A najgorsze są te najprostsze pytania. One kreują meandrującą speleologię intelektualną.

Nic nas nie potrafi rozbić w pył, jak proste pytanie.

W szufladzie mam tych kartek całe wężowisko… Niektóre zapiski odczytuję z trudem. O, tu musiałem mocno przyciskać kulkę wkładu wypisanego długopisu, aby na kartce zostawić ślad pytania.

—–

Zamiast pacierza – wczoraj ten fragment z Gajcego („Wczorajszemu”):

Ufałeś: na niebo jak na strunę miękko złożysz dłoń,
muzykę podasz ustom, utoczysz dotknięciem,
łukiem wiersza wysokie księżycowe tło
wprowadzisz w bezmiar dolin –
Modlitwę nocnych cieni rozwiesisz jak więcierz
na słodkich oczach dziewann i szumach topolich.

Więcierz… Kto nigdy w życiu nie użył tego określenia?

A topole… to drzewa mojego dzieciństwa. Jak w Toskanii – cyprysy, tak dla mnie tutaj – topole. Jedyne drzewa, które w życiu… ściąłem. Do korzeni. Ale tylko raz. Jeśli się podniosły – pozwalałem im mnie zadziwiać siłą nienawiści, jaką we mnie wobec siebie wywoływały. Najgorsze, że nie wiem – dlaczego? Bo pyliły? Rozpadały się na szczapy?  Rosły byle gdzie i nigdy nie pasowały do krajobrazu? Zamiast tabliczki na drzwiach z nazwiskiem lokatora powinienem przybić szyld: Archiwum wątpliwości.

———-

– A czy ty…

Mam wrażenie, że to jest jakaś zdradziecka prowokacja. Godna Ryszarda III.

Nie wiedziałem, że młody Ian McKellen zagrał tę rolę w filmie science fiction, którego był współscenarzystą. Operetkowe, faszyzujące królestwo, zblazowani dworzanie, król (nie jak Bińczycki na wieść przekazaną mu przez Seweryna – genialna rola) z brytyjskim spokojem pochłania swoją whisky. Wyrok śmierci na brata? Cóż! Władzy, w imię jej godności, się nie odmawia.

Zadziwiające… McKellen podobny do prezydenta, który o drugim łotrze powiedział dziś: zabija za dużo ludzi…

Porównuję nagrania, przewijam sceny.

Król Edward:

„Klarens nie żyje? Przecież rozkaz był cofnięty.”

Na co Gloster (Ryszard) – czyli Seweryn w tym spektaklu – odpowiada (w przekładzie Paszkowskiego):

„Tak, panie, ale biedak już był nie żył
Wskutek pierwszego waszego rozkazu:
Rozkaz ten poniósł skrzydlaty Merkury,
Kiedy tymczasem z jego odwołaniem
Wysłany został jakiś niedołęga,
Który w czas przybył na pogrzeb.”

Szybkie wyroki, trafne wyroki… Nawet jeśli śmiertelnie błędne.
Najgorszą decyzją jest brak decyzji. To największe zagrożenie fundamentu władzy.
A jeśli przy podejmowaniu decyzji jest okazja napić się whisky… Dopiero teraz zrozumiałem: ten alkohol winno się chyba tak właśnie pić – jeden łyk, jak szybka decyzja. Celny cios…
Muszę spróbować…

———–

– A czy ty…

Właśnie, prowokacja! Odnoszę wrażenie, że Szekspir rzeczywiście mógłby być jedynym geniuszem pośród nas, gdyby nie uległ prowokacji. Gdyby w swoich sztukach nie dawał odpowiedzi, gdyby na zadawane sobie pytania nie rozpisywał szczegółowo możliwych rozwiązań. Głównie w naszych głowach.
Oczywiście mógłby wybierać wersje alternatywne. Jak ci wszyscy, którzy po cichu marzą o innej „Madame Butterfly” – takiej, w której Cio-Cio-san nie umiera, tylko wiedzie bajkowe życie u boku porucznika Pinkertona. Wariant tchórzliwy, nieprawdziwy, kompromisowy. Taki jak nasze ulubione sposoby ucieczki spod paraliżującego wzroku kobry zadającej pytanie:

– A czy ty…

A ja? Czy naprawdę oparłem się prowokacji?
Czy szafowałem wyrokami tylko po to, by nie mnożyć pytań?
Szekspirze, powiedz – dobrze postąpiłem?
(Milczy. Jak wszyscy.)

A krew, która się tu, wokół nas, rozlała – tę zmyjemy za chwilę.
Hej, dalejże, służba! Nieście dzbany! Wodę! Zanim ktoś zapyta…
Pytać nie będą. Milczenie jest najdokładniejszą z odpowiedzi.

– A czy ty…

Spoglądam na leżącą obok, na schodach, H. Wpatrzona w sufit, nerwowo zamykająca powieki. Z kącika lewego oka spłynęła łza. Oddycha głęboko, na granicy… zniknięcia. Kąciki jej ust zaczynają drżeć, warga napływa krwią, a palce obu dłoni, splecione na piersiach, bieleją z wysiłku, który z trudem pokonuje te kleszcze, jakimi siebie samą domyka. Jak ten sezam pełen pytań, z których – to już wiem – każde zaczyna się tak samo…

– A czy ty…

Kochamy się, nie bacząc na co chwilę wchodzące tu postaci, które z uśmiechem lekkiego zmieszania spoglądają na nas, leżących na schodach… Wyczuwam jakby powtarzający się refren, natręctwo, przeszkodę proszącą o jej usunięcie…

———–

Znów Gajcy:

Ufałeś: trzepot ptaków rozsiejesz ziarnisty,
rozległą piersią ujmujesz horyzonty, w których świat
pływa mały jak z dzieciństwa okręcik.

On pisał ten wiersz w Warszawie, ale na linii czasu – krótko po Dunkierce, tej samej, o której Orwell pisze, że od niej zaczęła się angielska rewolucja. Że też wcześniej na tę książkę nie trafiłem… Przecież znam tamte wojenne historie. Rozmawiałem z ludźmi, którzy przeżyli piekło ewakuacji. Mam do dziś taśmy z ich relacjami.

Wtedy, gdy z tymi żołnierzami rozmawiałem, wydawało mi się, że to postaci, ale nie ci sami, co przed ucieczką – ludzie. Ewakuacja 338 tysięcy żołnierzy na wyspę przed rozszalałym hitlerowskim terrorem okazała się pozornie nowym narodzeniem: duszy niepasującej do ocalałego ciała. Ich dusze umarły? Ciała przeżyły. Psychika nie ma zdolności do pełnej rekonstrukcji. Takie są rozmiary – z pozoru tylko prostych – decyzji. Ale skutki zawsze oświetlają decyzje. Nawet te, które, ratując życie, z ofiar budują drogę ocalenia.
Czy powiedziałem coś niestosownego? Wyraziłem się nazbyt kategorycznie? Że niby nie wypada tak ostro?

A ilu padło? To pytanie nie ma już żadnego znaczenia?

————

Ale tamta opowieść jest już zakończona. Wszystkie minione historie oparły się o milczenie, nawet jeśli ten i ów próbuje opowieść o faktach reinterpretować. Z faktami się nie dyskutuje. Z ich skutkami – w szczególności. Fakt zamienia pytanie w ostateczną odpowiedź.

Ich miejsce wypełniły nowe kwestie. Bo – tak już jesteśmy skonstruowani – stan magazynu wątpliwości i pytań zawsze musi być wypełniony po brzegi. Nimi żywią się… szekspirzy. Mechanicy tego świata.

Ale… dlaczego? Dlaczego ten pancerz wątpliwości i niesformułowanych pytań to jakaś cholerna, zatwardziała przegroda. Mur. Bariera.
A co jest za nią?

No przecież nie Shangri-La!

Add Comment