Matka Courage żyje!

02.01.2026

– Więc…
Wzrok naszej polonistki zamieniał się w tym momencie w broń laserową. Dematerializował ucznia, który odpowiedź na pytanie tak właśnie rozpoczynał. Byliśmy (– panowie rozumieją…) uczniowie Technikum Mechaniczno-Energetycznego przy Racibora w Szczecinie, zafascynowani nowinkami technicznymi i konkursem Młodzi Miłośnicy Melpomeny. Mieliśmy i musieliśmy być „bezbłędni”. Jak żołnierze.

  • Albo on mnie, albo… – Ojciec urywał opowieść.

Pani Profesor była zafascynowana poezją Apollinaire’a

Nie płaczcie nad okropnościami wojny.

Przed nią mieliśmy tylko powierzchnie ziemi i mórz…

To wolna parafraza, jeśli dobrze pamietam, z cyklu wierszy: Poems of Peace and War (1913–1916)

Był tam fragment, w którym poeta opisywał odblask słońca na zamku karabinu. Światło, promień, blask… Panowie to widzą?

Szczególnego rodzaju lekcje języka polskiego, lekcje przysposobienia wojennego.

Pani profesor Helena Michałowska równie gwałtownie reagowała, gdy któryś z nas użył sformułowania wydaje mi się, że….
Na kiksy w rodzaju „z dużej litery” – nie zwracała uwagi. Unosiła jedynie prawą rękę do góry, dłoń obracała o sto osiemdziesiąt stopni, prezentując symbolicznie ogrom naszej niekompetencji. Wolno szła w stronę tablicy, z lewą ręką założoną z tyłu i wzrokiem wpatrzonym w podłogę. Dłoń wolno opadała w dół, w takim tempie, w jakim uczeń siadał niepysznie w swojej ławce. Poprawiała nas tylko jeden raz:
Dużą literą, panowie rozumieją?
Drugi raz błędów nie popełnialiśmy. Dlaczego? Nie wiem. Ale podejrzewam, że działał tu instynkt samozachowawczy. Reakcja pani Profesor na recydywę mogłaby być porównywalna z atakiem napalmowym. Wiedzieliśmy, że to broń straszna. Ale film Coppoli pokazał i naznaczył nas wszystkich traumą napalmu dopiero w 1979 roku, w filmie Apocalypse Now.

My, chłopcy tamtego pokolenia, pośród wszechobecnych wtedy gruzów, bawiliśmy się przecież w zabijanie Niemców, byliśmy w jakiś naskórkowy sposób wrażliwi na wszystko, co było i mogło być związane z przemocą, okrucieństwem, z obowiązkiem, patriotyzmem, z mundurem, rytuałem…

My. A pokolenia późniejsze, obecne…

Pamiętam oficerów, którzy wracali z misji w Iraku, ze Wzgórz Golan, z Egiptu. Pamiętam, jak zabiegali o przydział. Pamiętam te uroczyste pożegnania i powitania uczestników kolejnych misji.

– Ech… Pojechałoby się na taką wojnę… – marzył ten czy ów.

Do mikrofonu, przed kamerą padały okrągłe słowa o żołnierskim obowiązku, o służbie, o solidarności i pokoju, którego strzec trzeba za wszelką cenę.

Okazało się, niebawem, że ceny na misjach były różne… Od zawsze.

Ot, taka Mutter Courage najlepszym tego przykładem.

Anna Fierling, zwana Matką Courage to wędrowna handlarka, ciągnęła swój wóz z towarami za żołnierzami. Jej życie i działania były silnie związane z rynkową kalkulacją: sprzedawała żywność, odzież, wyposażenie żołnierzom, coraz podążając za frontem. Jej zysk zależał od tego, jak daleko mogła podążać za armią. Wojna była dla niej szansą zarobku i przetrwania.

W tym sensie wojna to permanentna okazja rynkowa — cały dramat pokazuje, że wojna może funkcjonować jako system ekonomiczny, w którym jednostki starają się przetrwać przez handel.

– O, a to dla naszej Kasiuni, jak będzie ślubowała…
Pani pułkownikowa wyjęła ze szkatuły złoty naszyjnik. Później bransolety, perły, sama na palcu nosiła piękny brylant. To za tę rozłąkę i tęsknotę go dostała.
– A, takie tam, drobiazgi mój Rysio przywiózł. Na pamiątkę. Ale generałowa W., ta dopiero ma. Tych pamiątek… Jak Rysio zostanie generałem to i ja będę drożej tęskniła.

Perlisty śmiech, łyk pliski z kieliszka umazanego czerwoną szminką i błysk radarowego oka na opuszczone gęby słuchaczy. Polska matka Courage…Czy różniła się od bohaterki Brechta, tej z okresu wojny trzydziestoletniej (1618–1648)?

Wojna. Czy może jednak Ekonomia. Co groźniejsze?

Chyba dwa lata temu redakcja odrzuciła mój tekst zakończony słowami: będzie wojna. W rękopisie dodałem zdanie: Ona już tu jest. Ale w egzemplarzu redakcyjnym – skreśliłem te słowa.
– Zwariowałeś? – patrzyliśmy sobie w oczy, choć rozmowa odbywała się telefonicznie.
– Nie ja, ty.

Już od ponad roku w tej gazecie nie natrafiłem na kwestię ukraińską. Przepraszam, może raz – chodziło o tego dywersanta, który rzekomo wysadził rurociąg, i o dwóch pijanych Ukraińców, którzy zostali pobici przez współbiesiadników…

Wojny w gazetach nie ma. Bo nie ma dziennikarzy. Ludzi, których zadaniem jest obnażać, pozakazywać to, co świat chce utrzymywać w ukryciu. Ale takim jawnym, świadomy, choć nie uświadamianym. Wypartym. Potwierdzam. Patrzę wokół, wertuję gazety. Telewizji już od lat nie oglądam. Nigdzie nie ma wojny. Są incydenty. Nawet giną ludzie. Płoną domy. Ale wojny nie ma. Bo nikt nie wie już co słowo: wojna – znaczy!

Więc dlaczego budzę się coraz częściej z wyraźnym zapachem dymów znad Birkenau? Dziś, na przykład – o drugiej w nocy. Zerwałem się na równe nogi. Po chwili, uspokoiwszy oddech, usiadłem w ciemnym pokoju na fotelu, który od trzech albo pięciu lat zamierzam skleić. Nawet klej kupiłem.

Wtedy, z drugiego końca domu, dobiegła moich zmysłów wibracja… Oczywiście, odruchowo poszedłem do kuchni. Już w korytarzu wibracja zamieniła się w dźwięk. Czujka wody… Wczoraj wymieniałem filtry. I pociekło. Na szczęście – ostrzeżenie dotarło w porę. Wojna zażegnana.

O śnie nie było już mowy.

Na wyprzedaży w sklepie spożywczym kupiłem George’a Orwella – Moja wojna. Nigdy wcześniej o takiej porze nie czytałem żadnej książki-pamiętnika wojennego. Zrazu – podkreśliłem jedno zdanie, po chwili kolejne, wreszcie zaczynałem zaznaczać całe akapity. To, co czytam – to stan ducha i świata z roku 1940? To ja żyję w roku 1940? Dziś nie jest pierwszy stycznia 2026 roku?

Pamiętam rozmowę z ojcem.
– A spanie?
– Byłem tak zmęczony, że kładłem się tam, gdzie upadłem. Niekiedy rano okazywało się, że spadł śnieg, albo towarzysz obok mnie zmarł w nocy. Meldowało się dowódcy albo, jeśli obok był kto żywy – chwytało się szczęśliwca za przemoczony szynel i niosło w miejsce wydzielone dla trupów. Byli tacy, którzy nie budzili się już od kilku dni. To znaczy – umarli… Nie było czasu, aby się nimi zajmować. Myśli były ukierunkowane na inne rzeczy…
– Jakie?
Co w domu? Jak dzieci? Miałeś zdjęcie albo list, który się czytało już ze sto razy.

Ale oni, obok…
– Im nic już nie pomogło. A ty musiałeś szukać w głowie ścian, o które się oprzesz, za którymi się skryjesz. Taką ściana było wspomnienie Matki… gospodarstwo… dziewczyna…
– Armaty?
– Bomby, moździerze. Orkiestra grała nieprzerwanie. Ale organizm chciał spać. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek obudziło mnie strzelanie czy wybuchy. Skowronek też nikogo nie budzi. Usypia. Wojna taka właśnie była…

Zgasiłem lampkę, pod policzkiem poczułem obślizgłą, mokrą glinę okopu. Wolno prostowałem ciało. Z pewnym skrępowaniem sięgnąłem po połę kołdry. Zrazu niepewnie, ale przykryłem się. Lekko drżącą dłonią przetarłem twarz… Nie zmazałem jej. Była wyraźna, szorstka porannym zarostem. Przez szparę w okiennej zasłonie wskoczył do sypialni promień ulicznej lampy. Szósta rano. Uliczne oświetlenie jest włączane z atomową dokładnością, tak jak gaszą je o 23.00.

Usnąłem szybko.

Jak to na wojnie.

Add Comment